(Od tygodnia czeka na mnie Makbet z podobno świetną rolą Jona Finch’a. Ale nie. Nie dziś. Dziś jeszcze nieopisane wcześniej spotkanie).
Wydarzyło się na ścieżce pomiędzy Vernon a Gisors, na 23 km drogi.
Mijam go na rozstaju. Zatrzymał się na uboczu i wpatruje w ekran smartfona. Za chwilę mnie dogoni i zapyta, czy może dołączyć.
- Proszę bardzo - odpowiadam nieco zaskoczony. To pierwsza taka sytuacja, a kolejna z rodzaju tych, co pokażą mi, jak słabo jestem przygotowany językowo. No, ale na szczęście rozmowa szybko przechodzi na język Szekspira.
Jedziemy. Nico jedzie na spotkanie z kolegami. Nie pamiętam już, dokąd, ale to jeszcze daleko. Rama wygląda na nową, ale to pozory. Rower ma już 10 lat i po prostu jest zadbany. Na kierownicy śpiwór, nad tylnym kołem coś do spania (pewnie bivy-bag - nie dopytałem), pod ramą - reszta ekwipunku. Niewielki pecak z prowiantem. W piaście przedniego koła - turbina która ładuje telefon (tej nikt mu nie zawinie, jak mi wczoraj powerbanki).
Jedziemy i opowiadamy sobie o sobie, wymieniamy doświadczenia. Nico jest 4 lata starszy, niż... rama mojego roweru. Mieszka w Arras, a jego dziadkowie moją polskie korzenie. Może to stąd wzięło się nasze spotkanie? Jackie, mój rówieśnik i przyjaciel restauratorów, gdzie wczoraj się stołowałem, a który w Vernon oddał mi nieocenioną przysługę, też ma przodków z Polski. Jeszcze jeden „polski dzień” na trasie…
A ja, całkiem nieoczekiwanie mam okazję dowiedzieć się, jak radzi sobie bike-packer bez sakw, namiotu, torby na kierownicy, baterii czy laptopa. Otóż całkiem prosto. Nocleg? Tam, gdzie wskaże aplikacja (park4night). Najczęściej są to postoje w rodzaju aire de picnic, albo Air-Camping lub jak ja - biker wybiera miejsca nieoczywiste, gdzie nikt wcześniej. Toaleta? Pod kranem, na cmentarzu. Tam też zrobi przepierkę, nabierze wody, jeśli jest potable. (A kiedy jest głodny, chyba nie otwiera grobów - myślę najciszej, jak się da, bo dowcip, dość makabryczny, mógłby się nie udać...)
Bike-packer nie lubi kempingów. Unika ich. Traktuje jak zło konieczne, dopust.
Po 2 i pół godzinach, tuż przed wjazdem do Gisors, nasze drogi się rozjadą. Zdjęcie. Wymieniamy numery telefonów. Ehhh, tylko piwa nie zdążyliśmy razem wypić...
- Wpadnij, jak będziesz kiedyś w Arras…
- Arras? - to może być już w przyszłym roku…
Gisors. Niebo zaciąga się chmurami, zaczyna padać. Zakupy w Lidlu. Jadę w stronę noclegu. Z nową wiedzą, znowu sam...
(A Makbet jeszcze poczeka… Może dziś?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz