Rouen

Rouen

czwartek, 28 września 2017

29 września. Św. Michała Archanioła.

"Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen".*


Oto Michał, wódz zastępów Anielskich, Archanioł przed tronem Boga, z woli Najwyższego pełniący misję pogromcy szatana. A jego zawołanie - Mika’el! Któż jak Bóg!
Św. Michał, Patron wielu sanktuariów, świątyń wielkich i całkiem małych, wydawałoby się nic nie znaczących w skali Notre Dame; patron miast, uliczek a nawet państw, w tym Francji.

Jednym z najsłynniejszych miejsc kojarzonych z kultem św. Michała Archanioła jest wzniesione na skale, na brzegu Kanału La Manche, benedyktyńskie opactwo Mont-Saint-Michel. Jedną z właściwości, która nadaje temu miejsce wyjątkowy charakter, to fakt, że Mons Sancti Michaeli jest tzw. wyspą pływową. Oznacza to, że w dzień, kiedy poziom wody jest najniższy, skała zdaje się być częścią lądu, wieczorem zaś i w nocy, kiedy przypływ osiąga swoją kulminację, droga łącząca skałę z lądem jest zalana. 
Wybudowane na szczycie skały opactwo i rozłożone u podnóża skały miasteczko od lat stanowi cel rzesz pielgrzymów i turystów z całego świata. Wg danych z przewodników Mont Saint Michel należy do jednego z najczęściej odwiedzanych miejsc we Francji. Numer 2 na liście tuż za Paryżem.

To tyle danych i faktów historycznych, bo nie o czas miniony ani statystyki tu bynajmniej chodzi. Ach, kroniki donoszą jeszcze, że wyspa nigdy nie została zdobyta przez atakujące ją z lądu i morza wojska angielskie.


Jednak św. Michał, choć przez wieki odbierał w tym sanktuarium, jednym z kilku znaczących, cześć niezwykłą, nigdy nie miał tu lekkiego życia. I tak jest dziś.
Czego wcześniej nie zrobili Anglicy dokonali kilkaset lat później najwięksi miłośnicy wolności, równości i braterstwa - sami Francuzi. Rewolucja odebrała Górze imię, status niezdobytej i świętej, zaś opactwo zamieniła na więzienie. Najpierw dla księży (zakony rozwiązano) odmawiających złożenia przysięgi na Cywilną Konstytucję Kleru, a w czasach Napoleona - dla politycznych i pospolitych przestępców. Stan taki trwał nieprzerwanie niemal do połowy XIX wieku powodując ogromne spustoszenia w konstrukcji murów, tak fortyfikacji jak i samego La Merveille**.

Potem przyszła kolejna “rewolucja”. Posoborowe przemiany inspirowane optymizmem i płonną nadzieją, że reformy liturgiczne i wszelkiej maści tzw. ruchy odnowy przyniosą Kościołowi “wiosnę”, wytrąciły Michałowi miecz, który zdaniem reformatorów nie pasował już do mentalności człowieka nowych czasów i jakoś tak słabo współgrał z ideą Kościoła pielgrzymującego, która pojawiła się w miejsce dotychczasowej - Kościoła walczącego. 

I zniknął nam Michał - Książę Zastępów Niebieskich: z modlitw nakazanych przez papieża Leona XIII do odmawiania po każdej Mszy św. tzw. cichej; zniknął z Confiteor - aktu pokutnego odmawianego w ramach "Modlitw u stopni Ołtarza", zaś do obchodu liturgicznego wspomnienia przypadającego na dzień 29 września dodano mu dwóch innych Posłańców - Rafaela i Gabriela.
Pozostał więc św. Michał czczony głównie w praktykach tych, którzy mimo forsowanych zmian w Lex Orandi za przewodniczkę na drogach wiary (Lex Credendi) obrali Tradycję.

Na szczęście, co prawda od niedawna, jednak w wielu miejscach daje się zauważyć powrót do tych czcigodnych praktyk i modlitw, a kult św. Michała przewodzącego w walce z mocami piekielnymi na powrót przywraca utraconą świadomość istnienia sił przeciwnych naszemu Zbawieniu.


Miecz duchowej walki - walki, bez której wysłużone nam na Krzyżu Zbawienie jest jak Wołanie o świcie, jak głos zwiastujący nadejście “Oblubieńca” budzący trwogę wśród tych, którzy czuwanie zamienili na sen, bądź wyprawili się w drogę nie zabierając ze sobą odpowiedniej ilości oliwy podtrzymującej płomień ich lamp aż do godziny Świtu), zdaje się być tym właśnie, co dzierży w swojej dłoni, wyobrażany czy to w rzeźbie czy ikonografii - Michał Archanioł.

Stare przysłowie mowi: "Si vis pacem, para bellum". W “starym przysłowiu” nie ma ani cienia przesady.
- Mika'el!
- Któż jak Bóg!

*Ten liczący sobie ponad sto lat egzorcyzm zdecydowanie lepiej, bardziej bojowo, brzmi w oficjalnym języku Kościoła, łacinie:
Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio; contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium. Imperet illi Deus; supplices deprecamur: tuque, Princeps militiae caelestis, Satanam aliosque spiritus malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo, divina virtute in infernum detrude. Amen
**La Merveille - (fr. cud) Nazwa nadana kompleksowi klasztornemu na szczycie skały. W jego skład wchodzą: pomieszczenie i dziedziniec, na którym mnisi rozdawali pielgrzymom jałmużnę, skryptorium, pokój gościnny i skład.

Więcej zdjęć z Mont-Saint-Michel.

sobota, 16 września 2017

Anagramma.

In principio erat…
Schamborius princeps Pomeranorum Cisterciensis ordinis collocavit in loco, qui Oliva - Książę pomorski Sambor osadził zakon cystersów w miejscu zwanym Oliwa (1186). Zakonnicy trwać będą tu nieprzerwanie do roku 1831, tj. do dnia rozwiązania konwentu przez państwo pruskie. Liczne nadania i przywileje fundowane przez władców Pomorza sprawiają, że opactwo jest w stałym rozkwicie. Pod koniec XIII wieku do klasztoru oliwskiego należy już 50 wsi, stacja rybacka wraz z flotyllą 40 łodzi. Zakonnicy otrzymują także wyłączność na korzystanie z potoku Strzyża i posiadanie na nim młynów, nie licząc dziesięciny z ceł i gdańskich karczm.
W 1226 roku klasztor zostaje złupiony i spalony przez pogańskich Prusów, a zakonnicy wymordowani na oczach mieszkańców. Z Kołbacza - “macierzystego” konwentu Cystersów na Pomorzu - przybywają nowi zakonnicy. W roku 1236 Prusowie zjawiają się tu ponownie, paląc zabudowania, zabijając sześciu mnichów i trzydziestu czterech konwersów. Poniesione straty powodują, że papież Honoriusz III zwalnia zakon z dziesięciny. W latach 1246, 1247 i 1252 zjawiają się tu Krzyżacy, którzy łupią i palą klasztor.
Po dokonanej przez Brandenburczyków rzezi (1308), Oliwa, wraz z całym Pomorzem, dostaje się pod panowanie krzyżackie.
25 marca 1350 roku skutkiem nieuwagi kuchennego chłopca ogień doszczętnie trawi kościół i klasztor. Odbudowa, już w stylu gotyckim, zajmuje mnichom 5 lat. To właśnie wtedy świątynia otrzymuje swój dzisiejszy kształt i rozmiary.


W 1433 roku Husyci dokonują w opactwie i jego dobrach poważnych zniszczeń.
W lutym 1577 roku na klasztor napadają gdańscy protestanci. Opactwo zostaje obrabowane i doszczętnie spalone. Ponownie giną zakonnicy. Zasądzone przez Batorego odszkodowanie oraz hojne nadania Króla i magnatów sprawiają, że odbudowa klasztoru rusza bardzo szybko. Wszystkie zabudowania klasztorne i kościół, w ciągu zaledwie 6 lat, zostają odtworzono w dawnym kształcie.
W 1626 klasztor zostaje splądrowany przez szwedzkie wojska. Wojnę ze Szwedami konwent oliwski przetrwał w Gdańsku, skąd powrócił do Oliwy w 1628 roku. Wcześniej (1627), na wodach Zatoki Gdańskiej doszło do bitwy między flotą Polską a Szwedzką. Wojna zakończyła się w 1629 r..
Lata 1655–1660 to czas kolejnej wojny ze Szwedami, zwanej "Potopem". Wielu zakonników opuszcza na ten czas Oliwę. Opactwo zostaje splądrowane przez szwedzkich żołnierzy (1656). Zakonnicy proszą załogę Gdańska o pomoc. Gdańscy żołnierze istotnie usunęli Szwedów z opactwa, ale zaraz sami wzięli się za plądrowanie i demolowanie klasztoru. Wojna zakończyła się rokowaniami w Oliwie. Prowadzone w opactwie od stycznia negocjacje zakończyły się 3 maja 1660 roku podpisaniem traktatu pokojowego.
Od tego momentu dla klasztoru nadchodzą lepsze czasy. Zaowocowały one wzniesieniem nowego budynku szpitala klasztornego, a w 1676 w murach klasztornej zabudowy uruchomiono drukarnię.


To tyle “kartek z kalendarza”, bo oto znajdujemy się już w krużganku, prowadzącym do wnętrza dawnego zimowego refektarza, na którego południowej ścianie - nieznany z imienia artysta działał tu wyraźnie w duchu zaleceń św. Bernarda - “wisi”, ani to dekoracja ani epicka wizja, malatura. Na pierwszym planie znajduje się rozpostarta nad panoramą miasta, udrapowana po bokach, tkanina, a na niej inskrypcja w języku, oczywiście, łacińskim.


In principio erat…
ciekawość, jaką prawdę kryje łacińska inskrypcja i na ile polskie tłumaczenie będzie w stanie wydobyć sens zbudowany na grze słów i skrótach myślowych (nieznanego z imienia) autora. Ciekawość zbudowana na przekonaniu, że to właśnie tekst pełni tu rolę pierwszoplanową, pozostałe zaś elementy malowidła to tylko “konieczna” dekoracja, tło. Dokumentacja fotograficzna wnętrza Sali Pokoju ukazuje przemiany, jakim ulegało na przestrzeni ponad wieku jej wnętrze: podłoga, sufit i ściany. Uwagę zwraca brak jakiegokolwiek wyposażenia, jeśli nie liczyć stołu i widocznej, wprawionej w ścianę marmurowej tablicy.
Pewien niepokój może budzić fakt, że na jednej z fotografii kształt okalającej napis materii znacząco różni się od tego, który widzimy na pozostałych zdjęciach. Nie wiemy jednak, czy różnica w sposobie udrapowania tkaniny jest próbą artystycznej samowoli czy też może ukazuje nam dzieło w jego pierwotnym kształcie?
Jedno, co wydaje się być pewne, to że na wszystkich zdjęciach widzimy ten sam tekst (a przynajmniej tekst w tym samym układzie wersów).
Jego postać przekazują nam pochodzące z dwóch różnych źródeł i czasu, relacje.


Pierwsza pochodzi spod pióra George’a Forstera (1754-1794), urodzonego w Mokrym Dworze, słynnego polsko-niemieckiego etnologa i podróżnika, towarzysza wypraw James’a Cook’a. Tenże Forster w trakcie swojej wizyty w opactwie zauważa, że w sali, w której odbywały się rokowania, znajduje się płyta (czarnego) marmuru, na której umieszczona jest następującej treści inskrypcja.

Drugie świadectwo, to zamieszczona w okładkach rocznika “Kolumb” relacja niewymienionego z imienia podróżnika pt. "Przejażdżka w Prusach Polskich". Autor w swojej relacji w sposób niezwykle dokładny i barwny podaje szereg danych, w tym topografię odwiedzanych miejsc oraz liczne odniesienia do historii. We wnętrzu klasztornego refektarza, "na drugiej ścianie następujący znajduje się napis”.

Fakt, że Forster umieszcza (swój) tekst na marmurowej tablicy, dodając do niego 2 dodatkowe wiersze, podczas gdy Autor "Przejażdżki" obecność marmurowej tablicy zaledwie zauważa, a w swoim opisie opuszcza pierwsze słowo (paX) ostatniego wiersza wydaje się nie mieć tu większego znaczenia. Oto tekst:

OLIVA
Anagramma
VIOLA.
Sanant non violant Violae sic fecit Oliva
Langventi Patriae dum medicina fuit
Lenüt haud laesit: non punxit at unxit Oliva 
Fructus non luctŭs. Flosculum illa dedit 
Hinc oleum vita; dulcissima pharmaca ab ista
Pax sumpsit viola quae violata fuit 
Anno quo 
paX Mo Do CLaret 

Oliwa - anagram - Viola (fiołek).
Kwiaty leczą, a nie ranią, zaś fiołek umęczony (ściśnięty, jak owoc pod prasą) ofiarował Ojczyźnie balsam, uśmierzający ból - nektar. Oliwa ofiarowała Ojczyźnie kwiat, a korzyść, jaka z tego wypłynęła, to olej życia. Z niego płynie najsłodszy pokój, który zajaśniał (Ojczyźnie) w roku 1660.

Takim oto, nasyconym metaforami, zdaje się być sens zawieszonej “in excelsis” - nad panoramą Miasta, a zarazem nad naszymi głowami - inskrypcji. Autor, posługując się grą słów i wielością znaczeń buduje pełną skojarzeń i napięcia akcję. Kładzie przed nami grozę wojny i dar słodkiego pokoju. Nie sposób nie zauważyć, że przedstawione na wstępie, skrótowo oczywiście, dzieje Oliwskiego Opactwa, męczeństwo i prześladowania zakonników oraz mieszkańców Oliwy, zdają się w tej “grze" posiadać niemałe znaczenie. 
Bywa, że wojny i stanowiące ich zarzewie roszczenia - tu, już bardziej z woli Bożej, niż ludzkiego działania - nie są w stanie zadać Ojczyźnie śmiertelnej rany.

Gdzieś, na skraju panoramy opisanych tu zdarzeń, w czasie ale jednocześnie poza nim, w chmurze opadającego na ziemię bitewnego kurzu, jak zalążek nierozpoznanej jeszcze z imienia rośliny kiełkuje nadzieja...

In principio erat…
kilka mniej/bardziej udanych prób odczytania tekstu. Dopiero jednak pomoc Pani mgr Elżbiety Starek pozwoliła mi, tak przynajmniej sądzę, zrozumieć jego sens. I za to też serdecznie dziękuję. Otrzymany od Pani Elżbiety tekst tłumaczenia brzmi następująco:
Oliwa anagram fiołek/ Fiołki uleczają nie ranią, tak uczyniła Oliwa, skoro staje się lekarstwem dla osłabionej (umęczonej) ojczyzny. Uśmierzyła (ból) nie zraniła (dosł. uderzyła, drasnęła). Oliwa nie raniła (dosł.kłuła), lecz łagodziła (olejkiem, dosł. balsamowała). Ona ofiarowała kwiatek, owoce (korzyści) nie żałość (ból). Stąd najsłodszy pokój czerpał lekarstwo, olej życia, z każdego fiołka, który został zraniony w roku, w którym w ten sposób zajaśniał pokój (chronogram: 1610).


ps. podziękowania również i Tym Wszystkim, którym praca nad tłumaczeniem, oprócz oczywistego wysiłku, sprawiła choć odrobinę radości.

środa, 30 sierpnia 2017

Pan od poezji mieszka w Sopocie.

Umowny* Szlak Zbigniewa Herberta łączy Sopot Górny z Dolnym lub - kiedy obrócić mapę - Dolny, od strony obrzeży Parku Północnego (gdzie znajduje się upamiętniający Poetę obelisk), z Górnym (tu miasto podarowało Poecie ulicę).




Brukowana, dość szeroka ulica kończy się nagle u podnóża stoku, na który wspinamy się skręcając w lewo, w ścieżkę biegnącą skrajem lasu. Ze szczytu Łysej Góry (100 m.npm.), bo tak nazywa się wzniesienie, ukaże się naszym oczom niezwykle malownicza sceneria. Znaczną jej część stanowią okoliczne lasy, w niektórych miejscach opadające gwałtownie kaskadą drzew, w innych, jak poranna mgła łagodnie spływających w kierunku zatoki. Dalej, fragment panoramy miasta, i na koniec - już tylko od nas zależy, czy ją zobaczymy - srebrząca się w słońcu tafla wody.



Pomiędzy tymi dwoma punktami - ulicą i parkiem, na ulicy Haffnera pod numerem 8 stoi dom, w którym na przełomie lat 40 i 50 mieszkał z rodzicami i siostrą 24-letni Zbigniew Herbert.



Obydwa miejsca położone są od siebie w odległości zaledwie 3 tysięcy kroków (taką szerokość ma tu pas ziemi pomiędzy wzgórzem a wodą). Jednak nasz szlak nie dlatego wart jest tej odrobiny wysiłku i dłuższej, niż trwająca chwilę, uwagi. A czy dłuższej i większej, niż biegnący obok lub tylko w bliskim sąsiedztwie “Szlak Borsuka”, upamiętniający Legendę (lokalnej) Solidarności? Nie wiem. Nie mi rozsądzać. Jedno, co z pewnością wiem, nasz (ślad) wymaga uwagi innego rodzaju. Bardziej serdecznej.

Dlatego też postanawiam go nieco wydłużyć i początek drogi przesuwam w głąb lasu, ku Wielkiej Gwieździe - rozstajowi dróg, którymi "Jaś i Małgosia chodzili do szkoły”.

Gwiazda!
Ileż razy jej światło będzie docierać do nas spomiędzy strof poezji Herberta. Raz na sposób melancholijny, jak przystało na towarzyszkę wędrówki na koniec świata (Hermes, pies i gwiazda), kiedy indziej krusząc kamień więziennego muru (Mur).

Las i jego ścieżki! Jaki ich tu wielość! A wybrawszy jedną, co chwilę napotykasz (choćby tylko) wzrokiem tą, z którą przed chwilą już się pożegnałeś! Lecz tylko jedna z nich prowadzi na wzgórze i tylko jedna - do źródła.
Najbliższy mi z krajobrazów ręką nie-ludzką uczyniony!




A ponieważ na drodze tej nie krępuje Cię żaden regulamin i nie ma punktów pomiaru czasu (bo nie ma tu czasu), zatrzymaj się i
odgarnij liście krzak poziomki
rosa na liściu trawy grzebień
a dalej skrzydło żółtej łąki
i mrówka siostrę swoją grzebie
wyżej nad zdrady wilczych jagód
dojrzewa słodko dzika grusza
więc nie czekając większych nagród
pod drzewem usiądź

A kiedy będziesz chciał obejrzeć "powrót Bohaterów", idź dalej, drogą przez Małą Gwiazdę. Idź dalej, aż do Łysej Góry.
Tam raz jeszcze usiądź i zamknij oczy, bo tylko w ten sposób zobaczysz to, czego nie zobaczysz…


Nie musisz też posiadać wymaganego w olimpijskich dyscyplinach stroju ani też atletycznego wyglądu.
Żeby wyruszyć w drogę nie będziesz potrzebował ani numeru startowego ani teczki założonej przed laty w "baraku nazwanym pałacem sprawiedliwości”.
Więc idź,
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę…

Tym zaś, co czeka Cię na końcu tej drogi, będą "mądre tautologie”: niezmienna wiedza o tym, że
las jest lasem morze morzem skała skałą…


Gdy jednak doznasz objawienia, jakiego Bóg udziela wyłącznie podróżnikom, nie zapomnij podziękować!

Bądź wierny idź.


*Umowny, ponieważ nasz szlak ani nie odtwarza dróg ani realnych wydarzeń z życia Poety.
Inspiracje i wykorzystane fragmenty poezji Zbigniewa Herberta pochodzą z wierszy Las Ardeński (Struna Światła), Ścieżka (Napis), Modlitwa Pana Cogito - podróżnika i Przesłanie Pana Cogito (Pan Cogito).

niedziela, 11 czerwca 2017

Oficjalnie albo kres Wielkanocnej Radości.

Oficjalnie, bo pierwsza zapowiedź tegorocznej wyprawy pojawiła się już kilka tygodni temu na stronie podróżnego "raptularza”. Ponieważ jednak to tu, w tym miejscu pełnimy honory gospodarza, tej i każdej kolejnej wyprawy, raz jeszcze - w pełnej krasie mapa szóstej już odsłony “Korony katedr".
Czas: 15 czerwca - 9 lipca.
Dystans do pokonania - “księgowość” po powrocie.
Środek lokomocji: pociąg-rower-pociąg-rower-pociąg…

A dziś, a teraz?
Opatrzeni we wszystkie pieczęcie, uwierzytelnienia, Zaproszenia i gwarancje miejsc siedzących (a także wiszących) już w najbliższy czwartkowy wieczór wysiadamy na dworcu w Aachen i rozbijamy namiot na pierwszym (i jedynym z zaplanowanych noclegów) kempingu, położonym tuż obok zapory wodnej i leżącego opodal granicy Niemiec i Belgii, Eupen. Żywiąc przy tym nadzieję, że tego roku wszystkie źródła wody pozostaną w harmonii z porą roku i w granicach zakreślonych im linią brzegową.


Pierwszy dzień na trasie czyli piątek jest tu jedynym, który ze względu na dający się przewidzieć przebieg i czekające trudy (czytaj: przeprawa przez Ardeny) opiszę już chyba teraz, trochę jakby awansem. Nie poruszając strun odpowiedzialnych za nastrój grozy, jaki na podróżnym wytwarza okoliczny, trochę księżycowy krajobraz, powiem tylko, że przeciwnik, z jakim przyjdzie mi mierzyć się tego dnia ma wygląd naprawdę pospolity, a to czego nie ma, to zasad i słabych punktów.
Walka z kimś-takim będzie więc z definicji trudna, nierówna i mało ciekawa. Dlatego też nie zamierzam poświęcać jej już ani chwili dłużej.
Pragnę Was tylko zapewnić, że wynik tego sporu jest z góry przesądzony. Tak, wynik nie może być inny: w piątkowy wieczór zgłaszam swoje przybycie pod zamek krzyżowca Gotfryda, w bliskości granicy Belgii z Francją. Tak więc tego wieczoru stawiajcie u bukmacherów na zdobycie Buillon!
:-)
ps. szkoda tylko, że nie da się wykorzystać wszystkich właściwości (nachylenia) krajobrazu - niestety z takim ładunkiem na tylnym kole nie poszalejemy na zjazdach...

Z rzeczy, które "na dziś" dadzą się zaplanować, bo leżą w bliskim sąsiedztwie opisywanego tu dnia i krajobrazu, mogę jeszcze wspomnieć o zamiarze dotarcia do królewskiego miasta Reims (sobotni poranek). Stamtąd w dzień następny, a pierwszy tygodnia, wsiadam do pociągu, który w trybie TGV powiezie mnie do Nantes. Tam też będę świętował koniec czasu Wielkanocnej Radości - Boże Ciało, które we Francji obchodzone jest właśnie w Niedzielę. Obchodzone, bo i tam, gdzieniegdzie pielęgnowany jest zwyczaj procesji Eucharystycznej.

Opisana tu trasa w jej “kolejowym” fragmencie czyli z Reims do Nantes, to dolna część “pętli". Na niej to wspiera się cały pomysł i plan zjechania Bretonii i Normandii oraz odwiedzenia po raz kolejny Mont-Saint-Michel, Lisieux, Amiens a być może także Laon oraz kilku innych, zdobionych nie tylko “Kamieniem z katedry”, miejsc.

Lecz o tym, jak i o całej reszcie, słowem - o wszystkim, co dziać się będzie w drodze mam zamiar informować Was na stronie, na którą zapraszam raz jeszcze.

Polecam się pamięci!

środa, 22 marca 2017

Adoramus Te!

Czy naprawdę warto było się tak trudzić? Najpierw z wnętrza ziemi wyrwać chropowaty, o różnych odcieniach bieli kamień, a później, ociosany i już wygładzony, "jak przepaść odrzucić ostrołukiem w górę”? Całość zamknąć sklepieniem, a przenikającemu przez okna i rozety światłu powierzyć misję, co najcichszą z ciszy, rok w rok objaśniać będzie Boską pracę Wcielonego Słowa? By utkana z kamienia szata stała się odtąd okryciem dla sponiewieranego na Krzyżu Ciała, strażnikiem zawieszonej na szczycie belki tabliczki z wypisanym w 3 językach tytułem winy: "Iesus Nazarenus Rex Iudaeorum”?


Czy nie można było inaczej, prościej, skromniej? Czy naprawdę nie wystarczył pusty grób, że trzeba było jeszcze nad nim wznosić bazylikę, misterny ciąg korytarzy, podziemnych przejść, obejść, wieńca kaplic, z całym przepychem pokrywających ściany i sufit zdobień? Czy nie wystarczyła przykryta białym obrusem "pełna kamiennego sensu" płyta ołtarza, to symboliczne "pole walki", na którym nasz Pan i Zbawiciel zwyciężał za nas?
Wówczas przecież zbierane każdego roku denary, wonności czy inne "kosztowności” można by "rozdać pomiędzy ubogich", zbudować kilka klinik albo choćby jakiś skromny sierociniec?


Tyle już lat minęło od tamtej godziny, "w której mrok ogarnął całą ziemię, słońce się zaćmiło, a zasłona przybytku rozdarła się przez środek" (Łk.23.44), a wciąż wracają pytania Judasza, lepkie wiarołomstwo "uczonych w Piśmie", niedowiarstwo tłumów. I jak każdego roku i dziś ten rytuał ciszy i słów, ognia i wody z całą głębią zawartej w nim symboliki (bo która miłość nie szuka pełni swego wyrazu?) stanie przed trybunałem ludzkiej "sprawiedliwości" czyli przewrotności.
Bóg sądzony przez człowieka! Sąd, na który człowiek, gdy już raz się poważył, powtarzać go będzie już każdego roku.
A przecież sądzić Boski Plan, to jakby przyrodzie kazać tłumaczyć się z tego, że wiosną zakwita kwiat, trawa się zieleni, i że na miłość odpowiada się miłością...
(Jak gdyby tamtej Miłości, co raz na zawsze zdjęła ciążącą nad nami winę, czegoś jednak brakowało. Jakby nie dość było w niej szaleństwa?)


Katedra, a u początku wędrówki ku przecinającym się, niewidocznym z tego miejsca ramionom naw, utkana z kamienia sieć labiryntu - obraz drogi, życia wiarą.
Droga prowadzi ciemnym korytarzem lecz śmiałkowi, co "położył rękę na sercu, otworzył oczy szeroko i skoczył" drogę oświeca płonący tu Ogień. A na umownym jej końcu - Rozwiązanie sprzeczności, Wymazanie wszystkich pytań, Wiecznotrwała Radość, Ostateczne Zwycięstwo!

Dlatego (moje kochane Dziecko)
"Wiary dziś życzę Tobie, że zostanie
[Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament]
Bo na tej ziemi jesteś po to właśnie
By z ognia zgliszcza
Mógł powstać dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie”

Adoramus Te, Christe, et benedicimus Tibi.
Quia per sanctam Crucem Tuam redemisti mundum!

piątek, 6 stycznia 2017

Droga.

Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło 
i chwała Pańska rozbłyska nad tobą. 
Bo oto ciemność okrywa ziemię 
i gęsty mrok spowija ludy, 
a ponad tobą jaśnieje Pan, 
i Jego chwała jawi się nad tobą. 
I pójdą narody do twojego światła, 
królowie do blasku twojego wschodu. 
Podnieś oczy wokoło i popatrz: 
Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie. 
Twoi synowie przychodzą z daleka, 
na rękach niesione twe córki. 
Wtedy zobaczysz i promienieć będziesz, 
a serce twe zadrży i rozszerzy się, 
bo do ciebie napłyną bogactwa zamorskie, 
zasoby narodów przyjdą ku tobie. (Iz. 60.1-4)

O czym, jak nie o Drodze i odkrywaniu prawdziwego jej sensu jest dzisiejszy dzień?
Ku czemu bowiem innemu, jak nie ku poznaniu zakrytej przed nami (ale tylko do pewnego momentu dziejów) Prawdy wiedzie ta Droga? Nie każda, co podkreśla pisownia, lecz tylko ta, której świadkami byliśmy dziś my, wsłuchujący się w opis wędrówki Mędrców.

I cóż innego, jak nie wytrwałość przynosząca w darze błogosławione tego poznania owoce warte jest naśladowania?
I czego jeszcze, jak nie wspaniałomyślności uczą nas oddający dziś Nowonarodzonemu, a przecież Wiecznemu Królowi hołd - Mędrcy?

Dlatego dobrze jest, kiedy Ci, którzy wykonali już swoją pracę i posiedli owoce mądrości dzielą się nimi z nami. Ich przesłanie jest wciąż aktualne, czego dowodem setki rozsianych po Europie katedr a także tysiące innych, mniejszych niż katedry, świątyń. One to są jak studnie na pustyni. Ale są nimi tylko dla tych, co w Drodze. Dla ludzi z “plemion osiadłych” będą zaledwie galerią rzeźby, muzeum, misternie zdobioną, kamienną szkatułą. I niczym więcej…
Więc dobrze, gdy będziemy przyglądać się im z uwagą.
I jeszcze lepiej - gdy zechcemy ich naśladować…


Na końcu tego dzisiejszego, królewskiego, jak by nie było, orszaku - bo mówiąc, że mnie tam nie ma, czy też żem niegodny - skłamałbym, idę i ja.
A Tych, których spotykam tak dziś, jak i na trasie moich katedralnych wypraw, którzy opiekują się mną czy to od "środka", czy też towarzyszą mi “tylko” z pewnego oddalenia  - pozdrawiam.
Wam zaś, którzy przyjmujecie mnie pod swój dach i gościcie z przepychem godnym królów - dziękuję i zapewniam o pamięci.
Na drzwiach tego, co zwykło nazywać się mieszkaniem serca, drżąca i mało wprawna ręka rysuje pierwsze litery drogich mi Imion...
Polecam Je opiece Tego, Któremu jako Jedynemu - Wszelka Cześć, Chwała i Uwielbienie.
Teraz i na wieki.

Dziękuję Wam i Pozdrawiam.
Z życzeniami Dobrej Drogi.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Księga Słońca.

Słonku mojemu. W dniu Jej imienin.

Zima tego roku za strój wybrała sobie na prawdę wyjątkowo skromne odzienie. Czyżby pozazdrościła negliżu uczestniczkom konkursów piękności i sama zaplanowała wziąć udział w jakichś ludowych, karnawałowych miss-teriach?
Skutkiem tych dziwnych i nieodgadnionych zamiarów każdej w zasadzie z pór roku, zamiast śniegu, dyskretną bielą przykrywającego rozkopane chodniki i strzegących dostępu do autobusowego przystanku zasp, przez cały niemal tydzień pada deszcz. Żeby choć jeszcze deszcz ze śniegiem ale nie - sam deszcz! Pada od dni - ilu? - sam już nie wiem. A słońca - kiedy widzieliśmy je ostatnio? - jak na lekarstwo.
NIc więc dziwnego, że nasze myśli biegną na drugą stronę tej z wody i materii czasu utkanej kurtyny, ku niebu czerwcowemu i kilku jego pogodnym odsłonom. Bo to nie tak, że w ciągu tych ponad 3 tygodni nie mieliśmy ani jednego dnia, w którym słońce nie ukazałoby nam swojego pogodnego oblicza.

Mimo tego, że przy bohaterkach poprzedniej lektury - deszczu i wietrze, Księga Słońca wyglądać będzie, jak mocno zużyty, biblioteczny egzemplarz szkolnej lektury (tak, niestety, tym razem będą to na prawdę okładki a pomiędzy nimi kilka luźnych kartek), mamy oto szczery zamiar ją Wam przedstawić.

Po tym, jak już w Reims chmury zaczęły przybierać barwę roztopionego - choć przecież nie skutkiem panujących temperatur - ołowiu, postanowiliśmy udać się dalej, bardziej na południe. Zgodnie z resztą z wcześniejszym planem, tyle że nie przewidywał on aż tak gwałtownych, jak obecne, ruchów.
Z Chalons-en-Champagne przez Langres (Katedra św. Mammesa), pociągiem (bo wciąż pada) docieramy więc do Dijon (także tu witają nas deszczem).


Po wizycie w Katedrze św. Benignusa i pobliskiej, całkiem niepozornej przy niej Notre-Dame, pozostawiając na okoliczność kolejnego tu pobytu inne szacowne i warte uwagi zabytki, tuż koło południa wsiadamy na rower i wyprawiamy się do Auxonne. Tam także oczekuje nas nie mniej piękna, co widziana tu w Dijon, Piękna Pani i równie jak ta tutaj - filigranowa.
W drodze do Chalon-sur-Saône (także tam będzie padać) jedziemy najpierw do Autun. Katedra Św. Łazarza - w przeciwieństwie do pogody - jest niezwykle piękna, dlatego dotarcie do niej uznaliśmy za warte każdego trudu. 


Także tu, w Autun, pada, a jakby tego było mało, jakiś obdarzony wyjątkową wrażliwością artysta (ale nie legendarny Gislebertus) na środek placu dostawił jeszcze jedno źródło nieustannie szemrzące strumieniem wody.
Po wyjeździe z Chalon-sur-Saône jakby trochę się rozjaśnia i na czas jakiś (jak się wkrótce okaże - całkiem niedługi) przestaje padać. Przez Cluny (tak, właśnie to legendarne Cluny) i Tournus zmierzamy do Lyonu. 
I tu właśnie, w Lyonie, stroną tytułową otwiera się "Księga Słońca"!



Lyon. Sobota. Mija tydzień od wyjazdu z Reims. To tu, na kilka kilometrów przed wjazdem do miasta słońce ukazuje się w całej swojej krasie i, z krótkimi przerwami, stan taki utrzyma się przez 3 najbliższe dni, choć pod wieczór niebo znowu zaciągnie się chmurą i popada sobie do ranka.



Niedziela. Dzień pogodny i słoneczny. Katedra św. Jana Chrzciciela. Przed katedrą plac a na nim kiermasz i towarzysząca mu hałaśliwa, muzyczna oprawa. (Artysta wykonujący cover Boba Marleya’a brzmi wprawdzie mało odpustowo ale całkiem wiarygodnie).


A to? Czyżby brama do wnętrza Ziemi, droga na skróty? Nie, to zdjęcie "konkursowe", które wystawiłem z zadaniem odszukania mojej podróżnej machiny. Konkurs nie wyłonił zwycięzcy. Czy stało się tak z powodu braku zainteresowania nagrodą czy faktu, że jej nie ustanowiłem? A może dlatego, że wypatrywaliście pojazdu objuczonego sakwami? Nie wiem.


Jesteśmy w Vienne. 30 km na południe od miasta Lyon. To najdalej na południe wysunięty punkt na trasie. Stąd zakręcamy na zachód i przez Saint-Etienne (tam znowu będzie padać), Montbrison i Thiers docieramy do Clermont-Ferrand.


A tuż przed Thiers, "w nagrodę" za trud tak wielu na tym etapie podjazdów taki oto ukazuje się naszym oczom widok. I nie powiem, nogi się lekko ugięły...


Katedra Notre Dame w Clermont-Ferrand, pierwsza tego imienia od momentu opuszczenia Reims i widok w dół, na deptak, po którego obu stronach pod osłoną świateł nocy i kawiarnianych lampionów kwitnie bujne i hałaśliwe życie. Już trwa Euro a z nim niekończące się dyskusje, komentarze, spory.


W  Clermont wsiadamy do pociągu, który, mimo trwającego w całej Francji strajku kolejarzy, dowiezie nas do Nevers. Jest czwartkowe, słoneczne przedpołudnie, ale wokół katedry i oplatającej ją sieci uliczek dzieje się niewiele. 


W cieniu Katedry, kilkaset metrów stąd, w kaplicy dawnego konwentu Sióstr Miłości, w szklanej trumnie spoczywa ciało Bernadetty Soubirous, świętej Kościoła Katolickiego. Cisza, jaka tu panuje, zdaje się być wielkością niemal fizyczną, czymś, co chroni delikatne ciało Świętej w sposób bardziej wyrazisty i bezpośredni, niż szyba relikwiarza. Bernadetta, młynarka z Boly, pasterka owiec - Święty Motyl na Bożej Łące, Zdobycz Miłości Oblubieńca z Pieśni nad Pieśniami...


To był zaiste wyjątkowy dzień a panowanie słońca trwało przez całą drogę z Nevers aż do La Charité-Sur-Loire, a nawet jeszcze dalej, aż do noclegu nad brzegiem ciągnącego się wzdłuż nurtu Loary, spławnego kanału. Lecz w Saint-Benoit nastąpi kolejne tąpnięcie pogody, które, z niewielkimi  przerwami potrwa aż do Chartres.
A dziś już zamykam naszą (a teraz także i Waszą) "Księgę", "Umowną Księgę Słońca", lecz czynię to w przekonaniu, że już wkrótce ujrzycie jej okładkę i niebo malowane czystym błękitem. Niebo, które można zobaczyć nigdzie indziej, tylko w Pikardii.
ps. dziś po raz pierwszy od kilku dni zaświeciło słońce.