22 czerwca, całkiem rano.
Żegnam się z miastem. Na skraju małej knajpki (La Fougallie) przysiadam się do stolika z widokiem na bazylikę. Kawa. Przede mną 37 km asfaltowej drogi. Pierwsze 5, to wspinaczka. Z uwagi na porę dnia, nie jest łatwo. Na szczęście pozostała część dzisiejszej trasy, to już niemal wyłącznie jazda w dół. Po prawej stronie drogi D 7N i w odległości dobrych kilku kilometrów rozciąga się Montagne Sainte Victoire, majestatyczna, wapienna formacja, najbardziej znana chyba z obrazów Paula Cézanne'a. Masyw o długości 18 km (i rozpiętości 5) tworzy kilka szczytów, z których najwyższy - Le Pic des Mouches mierzy 1011 m.n.p.m.
Tym razem obejdzie się bez uciążliwej wspinaczki, bo droga biegnie wzdłuż, na osi wschód-zachód.
11:50 Bar Restaurant Le Mili-Metre...
Na 17 kilometrze, pośród nielicznych w dzisiejszym krajobrazie zabudowań pojawia się widok krzepiący i obiecujący. To… restauracja! Zjeżdżam na lewe pobocze. Cóż, lokal zamknięty... Czy tylko dziś, czy w ogóle, - nie wiem, ale wiele wskazuje na to, że deseru to ja dziś tu nie dostanę. Najważniejsze jednak, że jest cień i stoliki przy których - sam sobie kuchnią i kucharzem - mogę nagotować i zjeść, co tam w sakwie.
I tak siedzę sobie i przyglądam się mapie, czy przypadkiem widok, który teraz tak raduje oczy, nie zbliży się zanadto, bardziej, niż jest to konieczne… Na szczęście...
Krótka sjesta. Nie spieszę się. Jestem już w połowie dzisiejszej trasy. I myślę sobie, że dobrze, że nie wybrałem tej mniej ruchliwej, a położonej bliżej gór Av. Cézanne. Miałbym wtedy nie 5 a 17 km wspinaczki.
Tak. Jeśli dodać do siebie wszystkie te myśli i spostrzeżenia, a następnie od ich sumy odjąć utrudniający wspinaczkę, a już za chwilę także zjazd - wiatr, to mamy dziś bardzo miłe przedpołudnie. Bez deseru, ale za to z widokiem. Nie tylko na oleandry...