Dlaczego w Miramas wsiadłem do pociągu, zapyta ktoś? Czy nie mogłem „dokręcić” tych 40 km i z uśmiechniętą od-do gębą (czyt. dumą) zamknąć tą prowansalską pętlę na kempingu w Arles? Nie, ponieważ i tym razem - choć już w sposób nie tak, jak rok temu (uwarunkowany dostępnością biletów) wizyta w Arles wciąż jest tylko częścią pewnego planu, a w nim nie ma miejsca na kolejną i kolejną noc…
- A zatem na efektowne i spektakularne epizody z udziałem roweru musimy poczekać, tak?
- Tak…
Jestem tu - w odstępie zaledwie roku - po raz drugi. Arles, to nie tylko stolica biskupia pierwszego apostoła Galii, św. Trofima, miejsce licznych synodów. To także nagromadzenie pamiątek po rzymskiej dominacji w Galii. Wielu kojarzy Arles także z postaciami van Gogha i Gauguina. Z tej artystycznej pary tylko Vincent związał się miastem na dłużej, a o tym, jak dramatyczne i skomplikowane były to relacje świadczy fakt, że miasto nie posiada w swoich zbiorach ani jednego obrazu artysty. Nawet prostego szkicu...
Jest za to - jak wówczas - szumiąca topolami aleja Les Alyscamps. Jest i most Langlois (dziś Pont Van Gogh - rekonstrukcja tamtego), gwiezdne niebo nad Rodanem i la Nuit (dziś Café Van Gogh - zamknięta, jak mówią sąsiedzi z baru obok z powodu problemów „skarbowych”). No, i plenery…
Chcę to wszystko zobaczyć. Jeszcze raz wejść do katedry św. Trofima, już bez pośpiechu. I najzwyczajniej w świecie - powłóczyć się po uliczkach starego miasteczka i… zgubić. Jeszcze nie wiem, że jedna z nich, rue Ernest Renan zawładnie mną, zniewoli...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz