Rouen

Rouen

sobota, 8 lutego 2025

Arles. Les Alyscamps...

Dlaczego w Miramas wsiadłem do pociągu, zapyta ktoś? Czy nie mogłem „dokręcić” tych 40 km i z uśmiechniętą od-do gębą (czyt. dumą) zamknąć tą prowansalską pętlę na kempingu w Arles? Nie, ponieważ i tym razem - choć już w sposób nie tak, jak rok temu (uwarunkowany dostępnością biletów) wizyta w Arles wciąż jest tylko częścią pewnego planu, a w nim nie ma miejsca na kolejną i kolejną noc…

- A zatem na efektowne i spektakularne epizody z udziałem roweru musimy poczekać, tak?

- Tak…


Jestem tu - w odstępie zaledwie roku - po raz drugi. Arles, to nie tylko stolica biskupia pierwszego apostoła Galii, św. Trofima, miejsce licznych synodów. To także nagromadzenie pamiątek po rzymskiej dominacji w Galii. Wielu kojarzy Arles także z postaciami van Gogha i Gauguina. Z tej artystycznej pary tylko Vincent związał się miastem na dłużej, a o tym, jak dramatyczne i skomplikowane były to relacje świadczy fakt, że miasto nie posiada w swoich zbiorach ani jednego obrazu artysty. Nawet prostego szkicu...


Jest za to - jak wówczas - szumiąca topolami aleja Les Alyscamps. Jest i most Langlois (dziś Pont Van Gogh - rekonstrukcja tamtego), gwiezdne niebo nad Rodanem i la Nuit (dziś Café Van Gogh - zamknięta, jak mówią sąsiedzi z baru obok z powodu problemów „skarbowych”). No, i plenery…


Chcę to wszystko zobaczyć. Jeszcze raz wejść do katedry św. Trofima, już bez pośpiechu. I najzwyczajniej w świecie - powłóczyć się po uliczkach starego miasteczka i… zgubić. Jeszcze nie wiem, że jedna z nich, rue Ernest Renan zawładnie mną, zniewoli...


Zostawiam więc bagaż na kempingu i jadę na Les Alyscamps. Nekropolia działa na zasadach muzeum, od-do, więc muszę się zmieścić w limicie czasu. Przypinam rower. Bilet. Wchodzę. I już za chwilę:
- słońce, wiatr, drzewa i kamień! Wiatr rozsuwa gałęzie i wtedy, na krótką chwilę z prześwitów, jak strzały wybłyskują promienie światła. A na tych strunach wiatr wygrywa jakąś posępną melodię. Idę w rytmie, którego metrum nie da się opisać. Idę krokiem niepewnym. Po obu stronach alei przykryte ciężkimi płytami o trudnej do opisania barwie kamienne sarkofagi. Te otwarte wyglądają jak porzucone na brzegu łodzie…
Droga nie ma końca, a wszystko na niej zdaje się być wbrew nadziei. Nawet XII w. kościół św. Honorata nie przyniesie pocieszenia...
- Gdzie jesteście, zdobywcy…? Dokąd zabrano wasze prochy...?

Aleja cieni, wiatr w topolach (choć to przecież jeszcze nie wiosenny mistral, od którego można oszaleć), kamienna rama okna z widokiem na przeszłość, puste skorupy…
Długa i niespokojna jest droga światła na Les Alyscamps…

Jak na obrazach Vincenta...














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz