24 czerwca. Pierwszy dzień czwartego tygodnia...
15.30 - Opuszczam Arles. Jeszcze tylko zakupy na kolację i w drogę! Dzień jest upalny, więc w karcie - poza serem - musi znaleźć się coś bardziej odpornego na temperaturę. Wezmę chorizo (moje podróżne odkrycie), smakowity dodatek do pociągniętej lekko-słonym bretońskim masłem bagietki!
Wyjeżdżam bez pośpiechu. Już nie gubię się, jak rok temu. Jadę na pamięć. Droga do Saint-Giles to ledwie 25 km otwartej na słońce Avenue de la Camargue. Zajmie mi to nieco ponad godzinę.
Saint-Giles du Gard. Kościół i jego patron, Święty Idzi. To tam z prośbą o cud słał poselstwo książę Władysław I Herman. Wstawiennictwo Świętego okazało się skutecznie. W roku 1086 rodzi się Bolesław Krzywousty...
Saint-Giles du Gard. Kościół i opactwo. To tu korzy się ekskomunikowany za bierność, a może i ciche sprzyjanie katarskiej herezji, hrabia Tuluzy Rajmund VI…
Dziś obejrzę fasadę kościoła raz jeszcze. Chcę zobaczyć to, co umknęło mi rok temu - taniec słońca na kamiennym murze. Bo głęboko schowane w ościeżach portali sceny ożywają dopiero w promieniach popołudniowego słońca.
Szczęśliwie nie muszę nadkładać drogi, bo kościół znajduje się na trasie do Maguelone, katedry położonej niecodziennie i nieprawdopodobnie, choć nie tak spektakularnie, jak na północnym wybrzeżu opactwo Mont-Saint-Michel.
Rok temu Saint-Giles zdało mi się mało przyjazne. Wyjeżdżałem stamtąd jak zbieg, jak uciekinier z nieprzyjacielskiego obozu. Dziś wrażenie jest zupełnie inne.
Czy dlatego, że godzina późna? Skończył się wypełniający piskiem wciąganych zaimprowizowanym żurawikiem wiader remont kamienicy na katedralnym dziedzińcu. Nie ma też dziś śniadolicych chłopców, obijających rok temu piłką mury...
Saint-Giles. Popołudnie i wieczór... Ale najpierw poszukam kempingu. Będzie na wyciągnięcie ręki, na przysłowiowy rzut beretem. Ktoś inny trafiłby tu z marszu, jednak ja... ja już tradycyjnie muszę rzecz skomplikować i najpierw zabłądzić...
A jutro rano, jak w notatce z dnia:
mimo przedłużonego pobytu (nocleg), kiedy już nauczę się stawiać rower tak, żeby nie rozlać porannej kawy (w Saint-Giles wszystko stoi na pochyłości) wyjadę stąd z poczuciem niedosytu. Że za wcześnie, że jeszcze nie...
Wymyślcie coś, proszę... jakąś pułapkę...!
Tak, dziś jestem tu tak, jak lubię, z noclegiem. I nie pójdę spać, aż zgaśnie światło dnia i lampa nocy. A jest co oglądać. Rok temu (aż wstyd przyznać) nie zszedłem ani do podziemi kościoła (trafiłem na obiadową przerwę) ani nawet nie rzuciłem okiem na (niewidoczne, kiedy stoimy na poziomie dziedzińca) resztki zniszczonego przez XVI-wiecznych Hunów, pierwotnego chóru...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz