... z Belfort do Becancon, z którą, nawiasem mówiąc, przegrałem.
A właściwie to z jej częścią, osadzoną hen, wysoko w chmurach. Zjazdy z przewyższeń nie oddały czasu, który straciłem wciągając rower. Raczej zerwałbym łańcuch, albo coś innego.
Upał był dziś okrutny. Po raz pierwszy słońce wstało wcześniej, niż ja. W ogóle wstało, bo nie tylko poranki, ale i dnie całe były do dziś bezsłoneczne.
Ale mimo skrócenia przejazdu, satysfakcja duża, jak w walkach herosów, nawet gdy jego bohater dostaje po ścięgnach. Poczuję ją, satysfakcję, jeszcze raz, oglądając profil. A ścięgna dadzą o sobie znać pewnie nocą.
I tak jazdę zaplanowaną na 110 km zakończyłem na dworcu Baume-les-Dames, 30 km przed Besancon. Uwielbiam te małe stacyjki i dworce, na których nie ma nikogo, nawet personelu, a z pociągu wysiada jedna, może dwie osoby. A czasem jestem tu tylko ja.
Więc Baume-les-Dames do Besancon, już pociągiem. Szkoda, bo, ostatnia część ścieżki, od Clerval, wzdłuż meandrującego i miejscami szeroko rozlewającego się Le Doubs, też mnie wołała.
Gdybym jednak kontynuował jazdę rowerem, w namiocie wylądowałbym po 22 (wciąż jeszcze jest tu widno). Pod warunkiem oczywiście, że camping byłby wciąż otwarty, bo z tym bywa tu różnie.
Cóż? Na trasy powyżej 100 trzeba jednak wyruszać wcześniej. Nie jak dziś, przed południem.
Może mi się ta uwaga na coś jeszcze przyda, bo takich odcinków, przyrodniczych, wodnych, będzie jeszcze trochę..
A teraz, razem z Hektorem i pozostałymi, którym udało się przeżyć… pójdziemy napić się wina…
I nie róbmy z tej tego, co się dziś wydarzyło, tragedii…
Było pięknie!
Jutro niedziela. Odpoczywamy.
ps. wina, to jednak napijemy się jutro.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz