Rouen

Rouen

sobota, 27 czerwca 2026

27 czerwca. Corps - La Salette...

27 czerwca. Corps.


Cisza. Spokój. Wstaję późno. Jest sobota, 8 rano. Pogoda, mimo wcześniejszych, niezbyt optymistycznych prognoz, zaskakuję powtarzalnością: witaj, Słońce! A świeć, świeć!.

Sąsiedzi z karawanu - małżeństwo z Niemiec, częstują mnie kawą. Pani zakochana w Bretanii (witam w klubie)…

Gadamy z godzinę. O tym, gdzie byliśmy i gdzie warto. Chyba nie podszkolę (mojego) francuskiego.


Mija zmęczenie wczorajszą wspinaczką. Jeszcze wieczorem zrobiłem pranie. Pod prysznicem…

Do południa odpoczywam. Nie robię nic. Na Anioł Pański zostawiam (pod opieką Anioła z niższego chóru) graty i jadę do La Salette. Czy Matka Boża musi objawiać się zawsze tak wysoko?


Do La Salette są dwa warianty drogi:

pieszy o długości 8 km (1000 m przewyższenia) lub

„rowerowy" - 14 km.

Już chyba wiecie, który wybrałem. Nawet jeśli będę musiał zejść na asfalt, to podejście na dłuższym odcinku będzie bardziej „komfortowe”. Powiedzmy - ludzkie. No i zjazd będzie! Wprawdzie na hamulcu, ale za to w kwadrans będę już w domu. Znaczy się - namiocie…



To tyle gadania. Jadę Was polecić. Siebie też.


La Salette...

Ilekroć wpisuję nazwę Sanktuarium, słownik zamienia mi „La” na Ła, więc dobrze, powiem to: łał!

Podjazd ustałem (wiary dochowałem). 14 km, 2,5 litra płynu, 3 godziny…


Droga powrotna. Kiedy gubiłem wysokość, coś we mnie łkało. Epicki zjazd. 25 minut i byłem w domu. Znaczy się na kempingu… I co, tylko tyle? Nic więcej? Tak. Tylko tyle. Jedni (para z Polski) przyjechali tu szukać wrażeń, inni autokarem, a jeszcze inni na motocyklach. Mój rower był ozdobą parkingu. Pani, która mnie zagadnęła, nie dowierzała, że wjechałem tu bez prądu.

- Chapeau, powiedziała, oglądając mój rower, nie znajdując na ramie baterii...


Z powodu słońca wyruszam później, niż planowałem - o 15. 3 godziny drogi, 3 godziny pobytu. Polecone sprawy - załatwione. Wystarczy. O architekturze (kościoła) nie powiem nic ponadto, że to taka trochę słaba powtórka z romańszczyzny.

Wystrój prezbiterium - szok. Na apsydę, tzn. malunek, w zasadzie nie dało się patrzeć. Bolało…


A na trasie? Widoki, jak to w górach - malownicze, przepiękne, zapierające dech. Kilka postojów na pobranie tlenu i płynów. I dalej, dalej…

I co jeszcze mam powiedzieć? Że nie jestem zmęczony? Skłamałbym, mówiąc, tak. Serio.

A teraz już namiot woła…

Dobranoc.


Jutro niedziela, ale najbliższa Msza nie tu, w Corps. Gdzieś na końcu świata.

Jutro jadę do Gap.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz