Brié-Et-Angonnes. Tu po wyjeździe z Grenoble kończy się pierwszy podjazd. Prosty. Znaczy się, nieskomplikowany technicznie. 7 km, 250 m. przewyższenia. Ale i tak pcham. Ktoś zatrzymuje się. Proponuje podwózkę. Dziękuję. Muszę zrobić to sam…
W Brié Odpoczywam godzinę, bo (wiem, że) przede mną dziś jeszcze większe wyzwanie. Główne danie. Ale najpierw aperitif - bajeczny zjazd do Vizille. I tu się zaczyna.
5, 10, 15…
Stąd do Lauffray, czyli najbliższego wypłaszczenia, na odcinku 9 km przewyższenie wyniesie... 700 m! To dużo. To bardzo dużo…
Pobocze wąskie. Na szczęście droga ocieniona. Uśmiecham się do każdego zakrętu. Nie uśmiecham się do kierowców, bo idę z głową pochyloną nad kierownicą. Widzę tylko pobocze i koniec daszka kasku. I czekam kolejnego zakrętu z nadzieją, że ujrzę kawałek płaskiego asfaltu.
Po trzech godzinach wspinaczki - jest Laufray! Chłodzimy się chwilę i dalej w drogę, ale nad dalszą drogą zawisły czarne chmury. To chmury deszczowe. Bardzo deszczowe. Oglądam je prze okno McD, gdzie właśnie ładuję baterie… Deszcz ratuje mnie przed ostatnim, trzecim dziś podjazdem. Niech będzie na jutro. Na śniadanie. Obiad może już w La Salette...
ps. czy ja przypadkiem nie jadę Drogą Napoleońską?








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz