Już się sadowiłem wygodnie w siodle, już zapinałem pasy, gdy dosięgła mnie strzał(k)a. Spadłem więc posłusznie i poszedłem w kierunku, z którego ją wypuszczono. Nie, nie była to rezydencja Voltair’a, a Le Musee Unterlnden. Jedna z największych (podobno) na świecie kolekcji retabulów, predelli i innych dzieł sztuki, stanowiących w swoim czasie (od merowingów począwszy, a na xvi wieku skończywszy) wyposażenie i ozdobę katolickich świątyń.
Gdzie podział się duch, dokąd odleciało natchnienie, gdzie geniusz artystów tamtego czasu?
Duch odleciał, ale został po nim widzialny ślad. Spędziłem z nim najpiękniejsze godziny dzisiejszego dnia.
Skutkiem tego zapatrzenia się, siły wrażeń i myśli cięższych od podróżnych, do Belfort pojechałem... pociągiem.
Pomyśleć, że tak niewiele brakowało, a ominęłoby mnie tak piękne objawienie.
Przesyłam cząstkę, próbkę zaledwie tego, co z uwagi na rozmiar i sposób ekspozycji udało się sfotografować telefonem.
Jutro rano (110 km) do Besançon.




















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz