Rouen

Rouen

niedziela, 14 czerwca 2026

14 czerwca. Besançon i katedra Saint-Jean.

 Ale nie tylko ona...



Nim jednak dotarłem do katedry, odwiedziłem jeszcze św. Magdalenę. To ta sama, która bardzo umiłowała. I powód, dla którego  jeszcze wczoraj chciałem znaleźć się w Besançon. Św. Magdalena, to neoklasycystyczna świątynia w stylu bazylik rzymskich. 

A tam liturgia w rycie rzymskim, niezmodyfikowanym. Bo genu rytu rzymskiego nie da się zmodyfikować. Natomiast można go - czego jesteśmy świadkami - podmienić i zastąpić…




Później, wizyta w katedrze. Św. Jana. Dwa chóry, dwa prezbiteria, dwa ołtarze. Spotkałem dwie świątynie z podobnym rozwiązaniem. Jedną z nich, w Nevers, pamiętam doskonale, i tam takie rozwiązanie miało uzasadnienie historyczne, ale tu?



Niezmiennie radują oczy figury Madonny z Dzieciątkiem. Wzruszają, dają nadzieję. Płynie śpiew. Albo choćby słowa. To naturalna odpowiedź na dzieło artysty, bez której podziw będzie tylko odruchem pięknoducha…








Są tu też inne pamiątki, starsze, niż ja, starsze, niż kamień z katedry. Dom, w którym urodził się artysta-pisarz, Viktor Hugo. Musée de Temps (którego nie odwiedziłem), pozostałości po Rzymianach, ruiny dawnego teatru, brama powitalna (Portę Noire), która dziś przyjmuje zdążających do miasta nowego, świętego Jeruzalem, katedry.

Do cytadeli, z której rozciąga się widok na panoramę miasta, też nie dotarłem. Za cytadelę starczyły mi podjazd z kempingu do miasta. I to 2 razy.


Szukałem otwartych kościołów i światła, w którym można by przejrzeć miasto. Pierwszych było niewiele, raptem 3. A światło? Zobaczycie i ocenicie sami.


Jutro trasa do Dijon. 120 km ścieżki przyrodniczej. Podzieliłem ją na dwa dni. A w Dijon czekają: Musée D'art Sacré, Musée des Beaux-Arts, 2 kościoły, i, no oczywiście - katedra.

sobota, 13 czerwca 2026

13 czerwca. Dzień trzeci i ścieżka przyrodnicza...







... z Belfort do Becancon, z którą, nawiasem mówiąc, przegrałem.

A właściwie to z jej częścią, osadzoną hen, wysoko w chmurach. Zjazdy z przewyższeń nie oddały czasu, który straciłem wciągając rower. Raczej zerwałbym łańcuch, albo coś innego.


Upał był dziś okrutny. Po raz pierwszy słońce wstało wcześniej, niż ja. W ogóle wstało, bo nie tylko poranki, ale i dnie całe były do dziś bezsłoneczne.


Ale mimo skrócenia przejazdu, satysfakcja duża, jak w walkach herosów, nawet gdy jego bohater dostaje po ścięgnach. Poczuję ją, satysfakcję, jeszcze raz, oglądając profil. A ścięgna dadzą o sobie znać pewnie nocą.


I tak jazdę zaplanowaną na 110 km zakończyłem na dworcu Baume-les-Dames, 30 km przed Besancon. Uwielbiam te małe stacyjki i dworce, na których nie ma nikogo, nawet personelu, a z pociągu wysiada jedna, może dwie osoby. A czasem jestem tu tylko ja.


Więc Baume-les-Dames do Besancon, już pociągiem. Szkoda, bo, ostatnia część ścieżki, od Clerval, wzdłuż meandrującego i miejscami szeroko rozlewającego się Le Doubs, też mnie wołała.

Gdybym jednak kontynuował jazdę rowerem, w namiocie wylądowałbym po 22 (wciąż jeszcze jest tu widno). Pod warunkiem oczywiście, że camping byłby wciąż otwarty, bo z tym bywa tu różnie.


Cóż? Na trasy powyżej 100 trzeba jednak wyruszać wcześniej. Nie jak dziś, przed południem.

Może mi się ta uwaga na coś jeszcze przyda, bo takich odcinków, przyrodniczych, wodnych, będzie jeszcze trochę..


A teraz, razem z Hektorem i pozostałymi, którym udało się przeżyć… pójdziemy napić się wina…

I nie róbmy z tej tego, co się dziś wydarzyło, tragedii…

Było pięknie!

Jutro niedziela. Odpoczywamy.


ps. wina, to jednak napijemy się jutro.

piątek, 12 czerwca 2026

12 czerwca. Dzień drugi i splendor katolickiej sztuki...

Już się sadowiłem wygodnie w siodle, już zapinałem pasy, gdy dosięgła mnie strzał(k)a. Spadłem więc posłusznie i poszedłem w kierunku, z którego ją wypuszczono. Nie, nie była to rezydencja Voltair’a, a Le Musee Unterlnden. Jedna z największych (podobno) na świecie kolekcji retabulów, predelli i innych dzieł sztuki, stanowiących w swoim czasie (od merowingów począwszy, a na xvi wieku skończywszy) wyposażenie i ozdobę katolickich świątyń.


Gdzie podział się duch, dokąd odleciało natchnienie, gdzie geniusz artystów tamtego czasu?

Duch odleciał, ale został po nim widzialny ślad. Spędziłem z nim najpiękniejsze godziny dzisiejszego dnia.


Skutkiem tego zapatrzenia się, siły wrażeń i myśli cięższych od podróżnych, do Belfort pojechałem... pociągiem.

Pomyśleć, że tak niewiele brakowało, a ominęłoby mnie tak piękne objawienie.

Przesyłam cząstkę, próbkę zaledwie tego, co z uwagi na rozmiar i sposób ekspozycji udało się sfotografować telefonem.


Jutro rano (110 km) do Besançon.





















czwartek, 11 czerwca 2026

11 czerwca. Dzień pierwszy/drugi

Noc w pociągu. 23:28 odjazd z dworca Berlin Hfb. - 8:11 przyjazd do Freiburga. Po drodze kilka zatrzymań. Ludzie wsiadający ze swoimi rowerami, ludzie wysiadający. Poznajesz wyznawców ze swojej sekty. Ten jedzie na Sycylię przez Alpy - przełącz Św. Bernarda (temu powinien buty wiązać), drugi wraca skądinąd, ale nie ma ochoty na gadkę, więc milczymy.

2-godzinna drzemka, potem krótkie, jak pociągowe fotele klasy 2 odloty na kwadrans, dwa, pociąg jedzie. Rowery wsiadają i wysiadają. Tylko mój stoi nieporuszony. Zasnął? O czwartej nad ranej koniec drzemki. Teraz już tylko czuwanie…

Ale nie ma co się pochylać nad zmęczeniem czy niewyspaniem. Pierwsze i drugie wrócą tu jeszcze razem z grawitacją. Za dnia wszystkim trzem trzeba będzie dać odpór.

Ale zostawmy to podróżne laboratorium, nie rozbijajmy atomu na to, czego nie widać, szkoda baterii. I atramentu…


Na zegarze 7:20. Ach, jaką mam ochotę na kawę! Nawet taką zwykłą, dworcową, ale wagon, gdzie ją podają jest za daleko. Wracam na siedzenie. Pod kontaktem mam telefon i macBooka. Nie zostawię ich bez opieki. Na dworcu wypiję Latte Machiato (4,50). To już za chwilę…


Freiburg Im Breisgau. Tu przesiadam się na rower i jadę do Colmar. To już po tamtej, właściwej stronie rzeki Ren… 50 km asfaltu i szutrów.

Oddycham. Żyję…






Nad leniwym nurtem Renu wznosi się czarna, bazaltowa skała, a na jej szczycie - perła - monaster, dziś - kościół parafialny. Perła z ducha już trochę gotycka, ale jeszcze nieśmiała, w wielu detalach wciąż romańska. Już się wyrywa ku światłu, ale okna zbyt wąskie, a prezbiterium zbyt krótkie, by napełnić nawę dostateczną ilością światła. W środku piękny ołtarz z xvi w.









Colmar i mylnie tytułowana katedrą, kolegiata pw. Św. Marcina. Kamień piękny, wielobarwny nie tylko z natury ale i światłem zachodzącego słońca barwiony. Wejdę tam jutro.


Colmar. Stare uliczki, poprzecinane kanałami, domy jak z bajki. La Petite Venice… więc tak wygląda Wenecja…

Jutro wejdę do kolegiaty, Muzeum zabawek zostawię dzieciom. W południe do Belfort.

środa, 10 czerwca 2026

10 czerwca. Początek...


Warszawa, Dworzec Wschodni - Berlin też Dworzec Wschodni.

Przejazd spokojny, ledwie 5 godzin. W Berlinie - planowo. Wysiadam na Ostbahnhof. Zimno. Rozgrzeję się w drodze. Jadę do dzielnicy Mahlsdorf, gdzie mieszkają Przyjaciele rodziny. 14 kilometrów, z czego połowa, to deszcz. Tak wita mnie Berlin...


Mahlsdorf. Spotkanie po 10 latach. Siadamy w ogrodzie. Radość słuchania, sztuka rozumienia (języka) i milczenie, długie chwile milczenia, które nie rodzi zakłopotania…

Przyjaźń, która, jak łaska - na którą się nie zasługuje, spływa na dzieci Rodziców…

Przepyszny obiad, a właściwie obiado-kolacja.


I znowu siedzimy i rozmawiamy, ciekawi siebie. O 19.30 kurs na dworzec, tym razem, choć to ledwie 18 km, droga zajmuje mi 1,5 h. Jest chłodno i zanosi się na deszcz.


Berlin. Tak naprawdę nie lubię tego miasta. Nie rozumiem go. Jest tak kosmopolityczne, głośne i wielonijakie. Przepraszam, musiałem się poskarżyć. To za tę aurę.


Dworzec. Jest 22:30. Za godzinę pociąg do Fryburga. Zakupy na drogę. Kilka słów na dobranoc.

Jadę, gotyk woła...