Świętego Piotra, oczywiście.
Kilka zdjęć i jedno wyjątkowe. Kto zgadnie, wygrywa…
blog podróżniczo-nostalgiczny
Z Bayeux nie odjadę daleko. Kolacja w Lasson, dłuższy postój. W głowie myśli, jak tu ułożyć drogę do katedr Pikardii, a jeszcze wcześniej - do Beauvais. I żeby w tym wszystkim było miejsce na Niedzielę. Kilometr później znajduję nocleg. To ostatnie do-godne miejsce, 12 km przed Caen. Pogoda sprzyja myślom. Namiot - nawet maty pod śpiwór nie położę - i kładę się spać. Chyba po raz pierwszy przed 22, choć tu wciąż dzień, wciąż widno. Cisza. Spokój. Tylko ptaki biją się o miejsce na gałęziach. Niech już idą spać.
Droga do Caen. Już dwie wieże kościoła Saint-Étienne, ale wchodzę na pierwszą kawę do Tabakierni i tu - olśnienie. Nie wsiądę, jak planowałem wcześniej, do pociągu. Nim skończy się druga druga kawa - nowa trasa, z dala od ruchliwej D 613, siedzi już w nawigacji.
Lisieux, zapytasz? A jak inaczej jechać do Vernon, gdzie niedziela, jak nie przez miasto Św. Teresy?
Caen. Dwa gotyckie, opackie kościoły, odwiedziłem już 11 lat temu w drodze do Bayeux. Dziś jadę w kierunku przeciwnym, vers dimanche - w stronę niedzieli. Ale o tym później.
Kręcimy…
Jakaż radosna ta droga dziś. Bawi się ze mną w chowanego, ucieka spod kół, wije się, jak piskorz (ryba to czy pies?), skręca raz po raz, a ja daję się nabrać. I po chwili znów wracam na planszę…
Błądzenie i znajdowanie drogi…
I to też jest piękne…
Nic to… 24 km do Lisieux…
Widać ją już z pociągu. Jeszcze w połowie drogi z dworca mieści się kadrze. Później już nie.
Obiektyw zakrzywia linie, deformuje bryłę. I gdzie bym nie stanął, - praw optyki nie zmienisz…
Więc wybacz ten taniec bez muzyki, bez orkiestry, z łzą w oku…
Pierre de Caen - Notre Dame de Bayeux…
Dla Ciebie…
Spełnia się to, co było niemożliwe 11 lat temu. Przewodniczka, już „po godzinach” otwiera dla mnie kapitularz. A tam…
ps. niestety nie udało się sfotografować „muzykujących Aniołów”. Za mało światła i złe oświetlenie krypty…
I cóż mam rzec? Pewnie myślisz, że się zgubiłem? Żadną miarą.
Trzeci dzień na trasie z Coutances do Cherbourga. Planowałem ją na półtora, góra dwa dni, - a tu proszę…
Droga zaczęła pokazywać pazur już na wyjeździe z Coutances. Później słońce i mozolne podjazdy wypiją ze mnie wszystkie soki. Jak to w Normandii, ale tu była kumulacja wszystkiego, w co Północ bogata, - Tour de France, to pikuś. Niech się schowa…
Znaki kuszą drogą na skróty. 20 km zamiast 50. Ale nie. Ja jestem z „pierre de Caen”. Nie pękam. Dam się pociąć i ociosać, ale drogi nie poddam.
Widoki! Nie doświadczysz ich oglądając same zdjęcia. Widziałaś spaloną słońcem trawę? A tu jest zieleń soczysta. Czarny, wulkaniczny kamień ma swój urok, ale tu jest coś więcej… Odpływ-przypływ. Woda i słońce chowające się za horyzont, czerwieniejąc się ze wstydu, że to już. Przecież wciąż jest widno, dopiero 22…
Zdjęcia…?
Pociąg dojeżdża do Bayeux. Muszę się ogarnąć…
ps. 30 lipca, 50 dzień w drodze. Zasięgi na campingach są okrutne. I gdyby nie sieć znanych "restauracji", czy kolejowe dworce...
Coutances - wcześniej, od romańskiego kościoła, który dziś zamieniony na muzeum - Saint-Nicolas de Coutances…
Coutances, to nie tylko katedra. To też ulice i domy. Pachnie słońcem, chlebem i kamieniem…
Ale najpiękniej pachnie dom przy Rue De Normandie. Jestem tu goszczony już od wielu lat. Nie zliczę, bo nie na liczbach ta miłość…
Coutances, to także niedziela, IX po Zesłaniu Ducha Świętego, dzień, o którym śpiewają kamienie. Dobrze znają polifonię Josquin’a i ceremoniał…
Mówią o nim „Szeryf Coutances”… Spotkam go dwa dni później na cmentarzu…
Widzisz, - znowu się mijamy…