Rouen

Rouen

piątek, 6 listopada 2026

Chłopiec na rowerze jedzie do Akwizgranu...

Wtorek, 11 sierpnia.

Przede mną jeszcze 110 km „małych radości". Droga, którą jadę... upalne dni, ciepłe noce. Ach, pogoda…! Czy już ją chwaliłem? 63 dni i tylko 5 (pięć!) godzin deszczu! Trochę popadało w Serres, trochę na Wyspie.


6:00. Pobudka, jak wczoraj. Śniadanie i o 8:00 - w drogę. I nie odjadę daleko, może 3 km, gdy spotykam miejsce, którego wypatrywałem wczoraj. Nie powiem, wzruszyłem się...

Jadę. Krajobraz dobrze znany, jak droga do szkoły, albo ścieżka, którą chłopiec na rowerze chadzał na wagary.



O czym myśli teraz chłopiec na rowerze? Wyobraża sobie, że może kiedyś jechał tędy ze swoimi wojami Karol, zwany Wielkim. I była tam wielka rozprawa i sąd nad hrabią Ganelonem, co zdradził Rolanda… I wraca się myśl do przełęczy w Roncesvalles i pochyla nad dzielnym Rycerzem, co pognał Saracenów, lecz sam zginął w zasadzce...

Myśl to cofa się, to znowu wyprzedza przyszłe zdarzenia. I tak od wioski do wioski, od dzwonu do dzwonu. Może więc wcale nie jest tak całkiem „bezmyślna”…?


Patrzę na ekran nawigacji już tylko po to, żeby sprawdzić, czy mieszczę się w „rozkładzie jazdy". Tak, nad poprzednią przeprawą, kiedy na dworzec docieram godzinę przed odjazdem pociągu (z duszą na ramie), mam wciąż 4. godzin zapasu. Dziś pewnie trochę go zgubię, ale jest dobrze. Może nawet zdążę jeszcze, choć na chwilę, wejść do Katedry Marii i rzucić okiem na Ołtarz, kaplicę i tron, na którym zasiadał Karol?


Jadę w słodko pachnącym (ale nie cukierkowym) krajobrazie małych wiosek Walonii. Aldringen i Maldringen (wczoraj: Ivonne i Givonne) i ani żywego ducha… Pierwszych „żywych" ludzi spotykam dopiero na... cmentarzu w Neundorf, 3 km przed Sankt-Vith. Cmentarz, a na nim kościół pw. Wniebowzięcia NMP, niewielki z kamiennym przedsionkiem.



Południe. Zatrzymam się tu na dłużej, odpocznę, załatwię wszystkie nasze (dzienne) „sprawy". Ale nie tylko te. Dość po niewczasie, bo już wychodząc, zauważam na ścianie gniazdka. Te elektryczne, oczywiście. To cenne spostrzeżenie, bo właśnie pada mi bateria MacBooka (tak, coś z tym będę musiał zrobić).

I tak, zamiast po pół-, ruszam godzinę później.

Sankt-Vith. Obowiązkowa kawa + ciastko. Pierwszy raz do drożdżówki dostaję nóż i widelec. To tak można? Tak się tu je? Rozumiem, łyżeczka do sernika, albo widelec do szarlotki, ale nóż, widelec? Okleję sobie palce słodkim lukrem i na moment, tyle, żeby obmyć palce i wrócić, zejdę z tarasu. To tylko pretekst, żeby obejrzeć pojazdy, które zaparkowały poniżej. Z dziećmi czy bez, z pieskiem, czy tylko z bagażem, - to prawdziwe monstra, krążowniki rowerowych ścieżek!




Kluczę po uliczkach w poszukiwaniu znajomego sklepu. To duży sklep, a nie mogę do niego trafić. Jest! Zakupy i ruszamy.

Tu, w Sankt-Vith zaczyna się ścieżka. Sprawdzam czas. Jest 15. A więc z porannego „zapasu” wyciekły mi już… 2 i pół godziny! Trochę dużo, a przede mną wciąż jeszcze 75 kilo jazdy.

Daję sobie 7 godzin (niestety, Kaiserdom będzie już poza zasięgiem). Ścieżką jedzie się dobrze, zdecydowanie lepiej, niż szosą. Na ścieżce mam pod kontrolą wszystkie parametry jazdy.

Nim na ostatnich kilometrach rozpędzę się na dobre, zrobię jeszcze kilka i jeden dłuższy postój. Zjazd do Akwizgranu będzie spektakularny. Od Monschau do dworca, to już prawdziwy popis. Hej! Patrzcie i podziwiajcie!



21:20 Akwizgran. Dworzec. Koniec trasy. Do odjazdu pociągu zostało mi 2,5 godziny. Dworcowa sieciówka z kanapkami już zamknięta. Na przeciwko, po drugiej stronie ulicy jest nocny, prowadzi go pani o wulgarnej urodzie i manierach. Kupię tu napoje, a bułę, - już na dworcu w Kolonii.


23:44 i Kolonia. Pociąg do Frankfurtu (n. Menem) opóźniony. To dobra okazja, żeby podpatrzeć nocne życie dworca i okolic katedry. Jeszcze lepszą sposobność będę miał we Frankfurcie. Odważny jestem, bo wyprawiam się na 2 godzinną, nocną jazdę po mieście. Tego się o tej porze nie robi w pojedynkę, ale co? Mam „umierać" na dworcu?

8:30 - Berlin, ale nie tryumfuję, jestem zmęczony. W Berlinie kolejna zmiana pociągu. Jedziemy do Frankfurtu, tym razem nad Odrę, gdzie czeka już „polski” pociąg.


- I co? To wszystko?

- Prawie. Jeszcze będzie mapka, a może i dwie. A później chwilę pomilczymy.

Bo to, co jest we mnie nie znajdzie sobie słowa, w którym zdołałbym się wypowiedzieć. 

Podróż opisana, czy opowiedziana, nie jest już podróżą, a źle opisana, może stać się jej karykaturą. Zostawiam Cię więc w miejscu, gdzie z ciszy rodzi się modlitwa, a z modlitwy - miłość. Warunki trwania…

Cisza i światło, - znaki Milczącej Obecności, przed którą zginam kolana… 


🎵


I jeszcze muzyka, która kończy każdą moją podróż.

Dla Ciebie...

poniedziałek, 2 listopada 2026

9 i 10 sierpnia. Sedan - Bastogne...

Sedan, czerwiec 2012 i pierwsza wyprawa (muszę ją kiedyś opisać). Deszcz. Suszę się w pociągu do Reims.

Sedan. W kolejnych latach, przynajmniej w jedną ze stron, - raz po raz.


Rok 2022. 1 września. Jestem w drodze, - nie, nie do szkoły - a na moje pierwsze Camino. Hall dworca. I wtedy ją widzę.

- Czy widziałeś kiedyś uśmiech?

- Oczywiście, - odpowiesz mi…

Nie ma spotkań przypadkowych. Jej twarz... kto patrzył na ten uśmiech, wchodził jak w dom — w pokój rzeczy i w wieczne trwanie miłości...

Jej twarz i cała postać - arcydzieło. Kraina wzruszeń...

Musiałem o tym napisać…



Sedan, 9 sierpnia.

Lubię ten dworzec. Tyle wspomnień i znaczeń. „Jedynka” na liście dworców.

Jest 22:10 Czas na kemping, stąd to rzut kaskiem (ale bez szaleństw, przede mną jeszcze dwa dni jazdy, - przyda się!). W tym roku trasę (+200 km) pojedziemy spokojnie, bez pośpiechu. To nie zawody.

Kemping. A właściwie - Air-camping. Ale wystarczy. Jakich mi tu jeszcze wygód potrzeba? Woda w butelkach, kawałek trawnika, - wszystko jest. Śpiwór, karimata i - jak w Laon - gwiazdy nad głową. Dobranoc.




Pobudka przed 6. Gorący kubek (serowa z grzankami) i jedziemy. Dziś drogi już nie pomylę. Trzeci zjazd na rondzie I... pierwszy z serii podjazdów. Ach, znam tą drogę na pamięć: Givonne, La Chapelle, Bouillon...



Z Sedanu do Bouillon to 20 km. Jestem tu w południe. Na wjeździe mijam twierdzę Gotfryda. Jakże inaczej o tej porze dnia prezentuje się to potężne, kamienne zamczysko. Widok zapiera dech. Zatrzymuje w miejscu.

Tu zakupy i przerwa na kawę. Zbieram siły. Już za chwilę masakryczny 3. km podjazd. Nigdy wcześniej go nie ustałem. Dziś - dzień chwały! Jest Curfoz i jest Carrfour. Droga z Curfoz do Bertrix to istna karuzela przewyższeń. Średnia... 6 km/h. Ale spokojnie, to nie zawody...

Po drodze postoje, wymuszone i - nie. Podjazdy tak strome, że muszę zejść. No więc, idziemy. Odliczam 100 kroków i przerwa. 100 i oddycham. 100 i…

W Bertrix zatrzymam się na „obiad". Danie główne - zimne Lefte. Nic więcej mi nie trzeba. W końcu ile można jeść?! Od Bouillon „jadę" na miodowych ciastkach. (Ach, jak mi ich teraz brakuje!).

15:40 - Neufchâteau. Sprawdzam czas. Dwa lata temu zajechałem tu ledwie na nocleg. No, ale też później zaczynałem. Z Sedanu o 13.

14 km przed Bastogne zjazd na parking i ostatnie już dziś zakupy. Od Neufchâteau jadę Grand-Route N85. Podjazd, wypłaszczenie, podjazd, wypłaszczenie... Droga z rodzaju tych, co (to niby kołem) łamią ducha. Ale ja wprawiony jestem...

19:00 Bastogne. Kierowco, pamiętaj! belgijskie piwo, to najlepszy płyn chłodniczy na świecie! Najtrudniejszy odcinek drogi mam już za sobą. Teraz, aż do Limerle, 25 km ścieżką rowerową.






20:00 Po lewej pomnik. To hołd złożony żołnierzom 506. Pułku Piechoty Spadochronowej Armii Stanów Zjednoczonych, Kompanii E, którzy polegli w bitwie o Bastogne (1944/45). Nie sposób się tu nie zatrzymać...

Ale na nocleg jest zbyt wcześnie. Podjadę jeszcze kawałek. Gdzieś tu musi być zatoczka i miejsce, które dobrze znam. Zdało mi się, że jest tuż na wyjeździe z Bastogne, a tymczasem jadę już 13 km i nic. Czyżbym je przeoczył?

22:15. Ściemnia się, a ja rad bym już gdzieś złożył kości. Oto jest: stół i łóżko, 2 w jednym. Skorzystam, bo po zaroślach biegają jakieś zwierzątka. Podróżny savoir-vivre wybacza wiele rzeczy. Zwłaszcza, kiedy jesteś sam. Tymczasem z karimaty schodzi powietrze…


Droga. Co się myśli podczas drogi? Droga. Miejsca. Ludzie, których spotkałem, którzy mnie gościli, napełniali wodą puste bidony, okrzykiwali: bon courrage! 

Droga. Nie będę rozbierał jej na „części”. Kilometry? Czas? Przejechałem dziś 94 km w terenie niełatwym, wymagającym, ale to nie znaczy nic ponad to, że do dworca w Akwizgranie wciąż pozostaje 130. Liczby nie mają tu większego znaczenia. Jest zmęczenie, a ja jestem szczęśliwy. I tylko to się teraz liczy. Więc jeśli mnie zapytasz:

- Czymże się tak radujesz, człowieku? - nie będę potrafił dać Ci innej odpowiedzi.

czwartek, 29 października 2026

9 sierpnia. Reims. Kierunek Sedan...

Reims i...

Camping Municipal Val De Vesle. Jeśli chcesz spędzić noc w Reims pod namiotem, musisz opuścić miasto i przejechać dodatkowe... 20 km.

- Na wysokości bazyliki Św. Remigiusza jest kładka. Przejedź na drugą stronę i skręć w lewo. Jedź prosto. Na śluzie N16 wjedź na Pont De Wez i skręć w lewo. Zjedź z mostu, następnie skręć w prawo (w Rue de l’Écluse) i wypatruj znaku. Jeśli nie chcesz jechać przez miasteczko, z Pont De Wez jedź dalej prosto i za 300 m skręć w prawo. Jedź polną ścieżką. Jesteś na miejscu.

Taką instrukcję, ilekroć będę miał w planie zanocować w Reims, wydrukuję sobie i powieszę na kierownicy. Dziś znowu pobłądziłem. Na kempingu będę po 19.


Val de Vesle. Bywałem tu już nie raz, ale najbardziej wbił mi się w pamięć ten pierwszy: na googlowskiej mapie, niemal w centrum miasta, „wisi” sobie kemping. Jadę tam. Jeszcze nie wiem, że zobaczę to, co pewien pan usłyszał w szatni: nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi…?. Tyle, że tu nie o płaszcz, a o kołderkę jest gra…

Wracam na dworzec. Biuro informacji turystycznej jeszcze otwarte.

- Pojedzie pan drogą na Beaumont. Za ostatnim rondem trzeba skręcić w lewo i dalej, przez Prunay. Kemping jest w Val de Vesle…

I tyle. Na drogę dostanę miniaturkę mapy. I ani słowa o drodze wzdłuż kanału! Na miejsce dotrę późnym wieczorem, już przy zgaszonych światłach, pół drogi jadąc z duszą na ramieniu (D 944), a po zjeździe z ronda już tylko wypatrując szyldu…

Val de Vesle z roku 2012 i 4 kolejne noce, po których bladym świtem wyprawiam się do Reims, Laon, Amiens i znowu do Reims. Tą samą, ruchliwą drogą…

Później bywałem tu jeszcze kilka razy. Już mądrzejszy, z „dzisiejszą” wiedzą. Ahoy, Reims i Val de Vesle! Ahoy, przygodo…!


Rok 2026. Na recepcji pokoleniowa zmiana. Przemiłą, starszą panią zmieniły dzieci. Formalności. Na mapce zakreślony fragment trawnika.

Kolacja, pranie, idę spać. A w głowie wojna postu z karnawałem: wstać godzinę wcześniej i zabrać się z namiotem, czy wrócić tu raz jeszcze przed podróżą na stację? A jeśli pogoda się zmieni? Ale po co mi dodatkowe kilometry?



Niedziela (co się zowie)… Jadę na Mszę. Ale nie, jak 14 lat temu, - do katedry, a kilka przecznic dalej. Jest tam mały kościółek pw. Jeanne D’arc i Msza..


12. Czas na kawę. Jadę w stronę Saint-Remi. Pogoda mało ciekawa, bardziej kawowa. Jest parno, będzie burza? Nie. Trochę pokropi i za chwilę wróci słońce.

Bazylika św. Remigiusza w Reims, to najstarszy z zachowanych kościołów miasta. Od VIII wieku działa tu skryptorium i szkoła miniatorska „l'Ecole de Reims” - szkoła i ruch, który wyznaczył kierunek rozwoju sztuki iluminatorskiej. Skryptoria Szkoły mieściły się także przy Katedrze w Reims i jeszcze dwóch innych ośrodkach.

Powstaną tam słynny Ewangeliarz Ebbona, Physiologus Bernensis - iluminowana kopia tekstu anonimowego pisarza z II wieku, Ewangeliarz Św. Teodoryka, Psałterz Utrechcki. To tylko niektóre tytuły - świadectwa rozkwitu Karolińskiego Renesansu. W Szkole Reims spotkamy poetów, kronikarzy, późniejszych papieży: Hincmar, Ebbon - arcybiskup Reims, Brunon z Kolonii - dyrektor wszystkich szkół w Reims, (tak - ten sam, który 30 lat później założy pierwszą pustelnię i dom macierzysty Kartuzów), Gerbert d'Aurillac - późniejszy papież Sylwester II, Odon, który zostanie papieżem (jako Urban II).












Bazylika Saint-Remi... Od ulicy oddziela ją długi tarasowy dziedziniec. Nie spieszę się. Stawiam stopy powoli, stopień po stopniu. Fasada. Jakże inna od tej, przed którą przed chwilą stałem, i dokąd jeszcze wrócę; jakby jakaś niewidzialna ręka odjęła stąd wszystkie, przynależne romańskiej (fasadzie) zdobienia, i uszlachetniając, przeniosła je kilka przecznic dalej. Została tylko przeszklona oknami ściana i czysta geometria. I ani tu nadproża, ani tympanonu. Żeby choć „skromne" Maiestas Domini...


Światło. Wlewa się do wnętrza przez otwarte na oścież drzwi przedsionka (nawy), miesza się z tym, które płynie z dolnych (mniejszych) i górnych (większych) okien, rozjaśnia mur i przezrocza zatopionych w półmroku arkad galerii. Jakże innym i z innego źródła zdaje się pochodzić światło, co rozświetla ołtarz i przebudowane już w stylu gotyckim prezbiterium.

Więc co mnie powstrzymuje? I nim myśl skończy się myśleć, nim przyjmę zaproszenie - są! Już je widzę -kapitele! Jak ptaki w koronach drzew przysiadły i skamieniały. Kapitele! Zatrzymają mnie. Bo są rzeczy ostateczne i nieodwracalne. I jest trwoga. I bojaźń. Początek mądrości...




Wracam do katedry. O 19 rozlega się dzwonek, zaproszenie do wyjścia.

Mam jeszcze godzinę do odjazdu pociągu. Na rogu Rue de Vesle i La Magdeleine jest bar o tej samej, co plac, nazwie - Stalingrad! (ech, Bobkowski miał rację - Francuzi, to niepoprawni rusofile). Tam zatrzymam się na puchar zimnego Grimbergera i, choć wiem, że nie będą to rozmowy o tym, co dziś widziałem - posłucham. Okiem…

Reims, początek drogi powrotnej.

środa, 21 października 2026

8 sierpnia. A więc - Reims!

- A więc Reims…

- Tak, dziś sobota. Jedziemy do Reims...

O 13:35 pociąg zawiezie mnie do miasta królewskich sakr, Reims. Zostanę tam do jutra.

Lecz teraz jeszcze wciąż Montagne de Laon - Góra en forme de croissant...

Laon… (jak stąd odejść? jak odjechać?!) Mimo, że spędziłem tu dwa dni, wciąż pozostało tyle do zobaczenia.


Cała droga stąd na peron to ledwie kwadrans (a może i mniej), i - choć tam na dole nic ciekawego - ruszam dużo wcześniej. Ileż to już razy droga dziwnym trafem „wydłużała się” albo nagle skręcała? Tak, potrafię „zakrzywić" przestrzeń, ale z czasem, ja - „geniusz” nawigacji, radzę sobie już gorzej…

Dawno już nie wsiadałem do pociągu. Istniał „tajny” plan, żeby dojechać rowerem aż do samego Reims, ale zabrakło czasu. Ale nawet, gdybym dostał w prezencie dodatkowy dzień (albo i dwa), nie chciałbym tracić go na kręcenie „pustych” kilometrów. To nie zawody. To nie sportowe wyzwanie… Jeszcze się najem. Znaczy - najadę. A i z samego Reims na kemping też będzie trochę. 20 km. Nocleg tam trzeba przygotować. Za dnia. No i panie (i panowie też) - pranie zrobić! Jutro niedziela!


Sobotnie popołudnie. Laon. Dworzec. Ruch na stacji niewielki. Na peronie kilka osób. Bilet kupię przez aplikację (jakaż to wygoda!). Pan w uniformie TER (skąd on się tu wziął!?) upomina mnie, że „tu się nie pali". - Przepraszam i wychodzę poza teren dworca.

Pociąg pusty, baterie MacBooka też. Za chwilę zejdzie mi ostatnie 5%, a ładowanie nie chce się inicjować. Na przyszły wyjazd „muszę coś z tym zrobić" - notuję w telefonie… Wyjdzie, że nową baterię będę musiał zakupić.


Beauvais, Senlis, Soissons, Laon i olśniewające światło pikardyjskich katedr. Gotyk, dużo gotyku…

Katedry, „kamienne arcydzieła, spichlerze dla serc i dusz”...

A dziś jeszcze Notre-Dame de Reims. I Szampania...




Reims. Droga na Place Du Cardinal Luçon. Jadę na pamięć. I nawet gdybym chciał się zgubić, tu jest to niemożliwe. Trafię nawet z zamkniętymi oczami.

Upał nie ustaje, żar leje się z nieba. Na ulicach i w restauracyjnych ogródkach mnóstwo ludzi.

Notre-Dame de Reims. Przyjaciółka moja. Jak lilija pośród cierni…

Powitanie bez słów. Siadam przed i siedzę długo. Bardzo długo. A cała ta liryczna reszta - duch i dusza, już mnie odlatują...

Dobrze, że zostaję tu jeszcze na krótką, zdjęciową sesję, bo jutro będzie pochmurno i deszcz. Ale dziś jeszcze, dziś jest tak...











Potem będzie jeszcze jazda wzdłuż kanału (Canal De L'aisne À La Marne). A żeby trafić na właściwą kładkę, gdzie ścieżka, - tradycyjnie - zgubię drogę…

Ja - „geniusz" nawigacji...