Dzisiejszy spacer. Poświęciłem dla niego poranną kawę. Co jeszcze miałem oddać? Może trzeba było wstać na budzik? Gdyby nie te nocne heheszki w sąsiednich namiotach do północy, może…
Wyruszam o 9 z minutami. Postępuję zgodnie z „instrukcją” - żadnej zabawy telefonem. Żadnych zatrzymań na zachwyty czy zdjęcia. Patrzę przed siebie, pod nogi i w lewo, gdzie strome zbocze.
Idę.
Wybieram ścieżkę biegnącą najbliżej krawędzi. Adrenalina. Lubię. Niebo niebieskie, świeci słońce, w plecy wieje chłodzący gorąc wiatr.
Zbieram muszle, wiem, gdzie są. Zawsze w tym samym miejscu, jak masło w lodówce.
Uwielbiam te ścieżki. Bolesne i radosne. Kamienne lub pokryte miękką, jak gąbka, darnią. Szerokie na jedną stopę, lub na rower z przyczepką. Kłują ostre kolce jeżyn (choć może to coś innego). Za wcześnie odpiąłem nogawki i teraz już nie chce mi się ich zakładać. Ścieżka to pnie się wzwyż, to opada, skręca w lewo, prawo. Co jakiś czas mija mnie jakaś para lub pół…
Pół Wyspy, pół dnia, pół kilograma muszli w plecaku. Ale patrząc na mapkę jestem kontent. 21 km - to całkiem dobry spacer.
21 km to dobry wynik. Połowa planowanej trasy I pół kilo muszli w plecaku. Zapytacie po co muszle? Do akwarium, oczywiście.
Jest jeszcze wcześnie. Wsiadam na rower i podjadę pod skały…
Na moją ulubioną stronę.





























































