Rouen

Rouen

środa, 14 października 2026

7 sierpnia. Wciąż w Laon. Św. Marcin i wieża Notre-Dame...


Oto Święty Marcin - kościół i fragmenty zsekularyzowanej 200 lat temu, pamiętającej czasy świetności Norbertanów, zabudowy. W pełnym średniowieczu działa w Laon szkoła katedralna. Ośrodek promieniuje na całą północną Francję. Nauczał tu był Anzelm (tak, ten sam Anzelm z Laon) - teolog, jeden z twórców biblijnej hermeneutyki, a także... mistrz Abelard, jeden z najwybitniejszych umysłów swojej epoki, później oponent Anzelma, przez św. Bernarda oskarżony o nieprawomyślność. Abelard skłócony z Anzelmem już rok później musi opuścić Laon i udaje się do Paryża, gdzie czeka go sława nie tylko naukowa. Ale kogo interesuje dziś przedmiot średniowiecznych debat, dociekań, spory o uniwersalia? Za to wątek miłosny, tragiczny, kiedy na scenie wydarzeń pojawia się Heloiza, - o, to tak!

Ale nie tu…

Tu...







Św. Marcin od pierwszej tu wizyty, 14 lat temu (i późniejszych) wciąż jest dla mnie zagadką. Kim są pozbawione głów kamienne postaci u wejścia? Jakie noszą imiona? Czym się wsławili? Wewnątrz nawy, w jednej z bocznych kaplic znajdę grobowiec biskupa Gauthiera de Montagne, niegdyś ucznia Anzelma, później już - inicjatora odbudowy zniszczonej przez pożar katedry. Finansowana przez niego budowa będzie realizowana już wg nowych założeń.



Ach, i jeszcze pochodząca z XIV wieku bożo-narodzeniowa szopka (crèche de Noël). Misternie wkomponowana w zabytkowe drewniane obramowanie chóru jest prawie niewidzialna i umyka mojej uwadze. Wrócę do niej, kiedy będę już w połowie drogi powrotnej pod katedrę…!










Teraz wejdę na kamienną wieżę, skąd widok na wszystko, czego nie widać z dołu, co poza obrębem miejskich murów.

A wieczorem znowu stanę się mimowolnym uczestnikiem spektaklu. Tym razem ustawię się z boku sceny i będę patrzył, jak światło wyostrza krawędzie ścian, ginie w przeźroczach wież, napełnia nisze portali...

Noc będzie podobna wczorajszej - krótka. Rano znowu obudzimy się obok siebie...

Laon...

Wrócę tu za rok. Wciąż jest tu tyle do zachwytu, umiłowania ciszy.



Laon, 8 sierpnia. Poranek. Po pustym placu niesie się echo kroków pierwszego przechodnia. W głębokich, jak studnie ościeżach portali budzi się kolejny dzień...

środa, 30 września 2026

7 sierpnia. Notre-Dame de Laon...

Opowiedziałbym Ci o nocy spędzonej w Laon, o bliskości, jaką potrafi podarować katedra. I o tym, że już bliżej nie można…

Gdybym tylko potrafił.


O poranku -

- Uradowałem się, gdy mi powiedziano:  «Pójdziemy do domu Pana!» 

Już stoją stopy moje w bramach Twoich, Jeruzalem

Jeruzalem, wzniesione jako miasto, gęsto i ściśle zabudowane… (Ps 122.1-3).


🎵


Pusty plac. Stałem tam sam. Szczęśliwy, choć bramy Twoje, Jeruzalem, wciąż jeszcze były zamknięte...

Na górze, między wieżami ptaki zmieniają się miejscami. Kroki. Echo kroków. Pierwszy przechodzień. I znowu cisza. Siadam przy stoliku. Na blacie wymalowana szachownica. Obok jeszcze dwa podobne. Stoliki i krzesła nigdzie nie pójdą, bo mają nogi przykręcone do drewnianego podestu.





Tam zjem śniadanie, ale na kawę będę musiał poczekać jeszcze długo. Le Parvis otworzy się dopiero o… 10! Przejdę się więc na Rue Châtelaine. Może tam? Nic z tego, wszystko jeszcze śpi. Wracam więc do niewidzialnej partii szachów i ustalam kolejność ruchów.

Przy-katedralne Office De Tourisme, gdzie bileteria, też otworzy się o 10, ale - mimo, że będę pierwszy - o wejściu na galerię mogę już tylko pomarzyć. Zapisy na dziś były… wczoraj. (A tak się cieszyłem…) Zostanie mi więc tylko wieża. Choć tyle...


Notre-Dame de Laon. To jedna z pierwszych katedr Île-de-France i nowego stylu. Budowę rozpoczęto w 1155 roku, a prace trwały, z przerwami, do 1238. I to w zasadzie wszystkie liczby, cała wiedza, jaka jest mi tu dziś i w tej chwili potrzebna. Nic więcej. Resztę „policzę” i „zmierzę”… sam. Bo katedra, to nie konkurs, nie licytacja, która wyższa, bardziej rayonnant, z większą ilością subtelnych (lub mniej) detali i, przekraczających kolejny stopnień abstrakcji - rozwiązań. Wszystkie te zaprzątające umysły akademików szczegóły i wątki zostawiam dziś na boku.

Katedra to nie muzeum. Nie jest też rozdziałem z podręcznika architektury. To organizm i struktura, która wciąż żyje. I ja żyję w niej.


Katedra i ja…

Tęsknota. Za początkiem, harmonią wprzódy ustanowioną, za miłością utraconą, za śpiewem i muzyką, za Niebiańskim Jeruzalem…

Gregoriański chorał rodzi się i rozwija w murach karolińskich i romańskich klasztorów. W katedralnych szkołach epoki gotyku chorał zaczyna pełnić nową funkcję – staje się fundamentem kompozycyjnym - cantus firmus, dla rodzącej się wielogłosowości. Polifonia...

Jakże fascynujące są związki architektury z muzyką, wpływ tej pierwszej na rozwój już istniejących i powstawanie form nowych (chorał - motet)!


Nostalgia? Tak. Ale nie na modłę romantyczną. Bez łez, bez bicia głową w mur, bez szarpania się…


I może jest (w końcu) Notre-Dame także monumentalna, ale więcej w niej subtelności; kobiecej subtelności. I piękna, i - teraz jest ta chwila: także tajemnicy. Tajemnicy, co sprawia, że obdarowany spojrzeniem czujesz, jak mocniej bije ci serce. I zaczynasz pragnąć bliskości...

Kamień, na który patrzę, trzy-bramną komnatę, przed którą stoję, twierdzę warowną o pięciu wieżach i sięgającym nieba dachu wznieść mógł tylko upór i serce mężczyzny. Który kochał…

Laon, podniebna wyspa stworzona z miłości do Notre-Dame. I dla miłości.


Jeszcze wiele się dziś wydarzy... Ale teraz już…


- Proście o pokój dla Jeruzalem, 

niech zażywają pokoju ci, którzy ciebie miłują! 

Niech pokój będzie w twoich murach, 

a bezpieczeństwo w twych pałacach! 

Przez wzgląd na moich braci i przyjaciół 

będę mówił: «Pokój w tobie!» 

Przez wzgląd na dom Pana, Boga naszego, 

będę się modlił o dobro dla ciebie. (Ps 122. 6-9)






















piątek, 25 września 2026

6 sierpnia. Między Soissons a zachodem słońca...

… w Laon. Nim jednak pożegnam Soissons, pojadę jeszcze na dworzec. Po drodze kupię sałatkę z kurczakiem i pół bagietki. Obiado-kolacja. Zjem na dworcu. Stamtąd wyślę zdjęcia. Grupa czeka. Dworcowe wi-fi jak zawsze - niezawodne.

Dworzec. Na peron wjeżdża skład, kilka wagonów. Pociąg do… Laon. Lubię patrzeć na odjeżdżające pociągi. Czasem trochę im zazdroszczę…

Veni - vidi - jadę. Przede mną 38 km. Jest 17:10. Ze wzoru skróconego myślenia *wynika, że w Laon powinienem być przed, nie, - raczej w okolicach „silnej” 20. I tak też się stanie.


Już na 6. kilometrze mapa (tak, to ona, to ona! - wskażę później palcem winną/winnego różnych niepięknych zaklęć) ściąga mnie z pięknego asfaltu i każe piąć się wąską ścieżką przez porastający zbocze gąszcz drzew i leszczyn.

- Dokąd mie wiedziesz - pytam? Czy na pewno tędy? Cisza. 3 calowy ekran nawigacji to zbyt mało, żeby rozwiać wątpliwości. Wyciągam komputer...

- Tędy, - odpowiada po dłuższym namyśle mapa. Na kolejnych metrach ścieżka skręci w lewo: przede mną ruina jakaś, jakby resztki schronu, po prawej budynek - ktoś tu jednak mieszka - po podwórzu biegają gęsi albo kaczki, a w głębi coś, co absolutnie do tego miejsca nie pasuje: wysoka, podwójna brama flankowana cylindryczną wieżą. A wszystkiego pilnują wściekle ujadające na mój widok psy. Odjeżdżam, udając, że mnie tu nie było.

A teraz. 13 kilometrów jazdy drogami gruntowymi. Średnia spada dramatycznie! Ależ się grzebię! W końcu wraca asfalt. Droga się prostuje, i już po chwili mam tu swoje „5”, a właściwie 10 minut „szczęścia". Długi na 5 km zjazd. Zerkam na licznik - licznik szaleje: 25… 30... 35... 43 km/h.

Napieram, ile sił w nogach. Laon już na horyzoncie. Laon!


O 20:30 jestem na placu przed katedrą i wciąż nie dowierzam: jak ja się tu znalazłem? Ostatni kilometr, to kolejny i ostatni dziś skrót. Oszukałem mapę. No, ale coś za coś. Znowu wspinaczka. Nie krótsza, może i dłuższa, niż ta na 6. kilometrze, lecz tym razem cel pewny, widoczny!


Plac. Jego patronem jest Gautier de Mortagne, postać dla dziejów miasta jakże wybitna - kapłan, teolog, w końcu i biskup Laon.

Zbliża się 21, a cała fasada, niemal do najniższych partii muru wciąż jest jeszcze pod słońcem! No, ale jesteśmy 250 m nad linią horyzontu. 2 lata temu jadąc od strony Saint-Quentin katedralne wzgórze odcinało się od tła już z odległości… 8 km!






Portal. Ta chwila, ten moment…

Usiądę w ogródku Le Parvis, na skraju placu. To bardzo dobra miejscówka. Nim podejdzie kelner, „danie główne” już mam przed sobą: oculus rozety, tympanon, 3 portale, wieże, jak cedry Libanu. I woły, którym przyjrzę się z całkiem bliska już jutro. Stolik, - jedyny wolny - a gości tu mnóstwo - to moje dziś miejsce na Ziemi, Układ Słoneczny, Droga Mleczna…

Tu spędziłem wieczór dwa lata temu. Obowiązkowy przystanek z noclegiem na drodze z Saint-Quentin do Reims. Dziś znowu siedzę w tym samym miejscu. Uwiedziony, pijany szczęściem. Ja - młodszy o osiem stuleci gość na weselnej uczcie...

Oprę się wygodnie, pod plecami miękka poduszka. Jestem w Laon!

Podchodzi kelner. Zamawiam pintę zimnego piwa. - „To wszystko”? - Tak, dziękuję. Piję niespiesznie, jak weselny toast. Tańczą myśli o architekturze...

Zostanę tu 2 dni, do soboty. 3 kilometry stąd jest kemping. Nie pojadę tam. Zostanę tu. To tylko 2 noce… 




22:30. Teraz na ścianie fasady tańczy światło, a ja stanę na z góry upatrzonej pozycji, za plecami ostatnich widzów. Zwiastun. Spiker zapowiada temat, ale obraz rozczaruje tego, kto sądził, że, jak w Reims, zobaczy tu opowieść o katedrze. Wydaje się, że więcej tu scen zaczerpniętych z ludowych baśni, opowieści z „mchu i paproci”. Miało być ciekawie, barwnie i monumentalnie. Ale przede wszystkim - to już moje dopowiedzenie - było głośno. Bardzo głośno.

Dwudziesto-minutowy seans powtarzany raz po raz, trwa więc… godzinę. I 2 tygodnie...



Tymczasem nad moją głową - światła nie ludzką, a Boską ręką uczynione. I tak pójdę spać. Dobranoc mieszkańcy i goście Laon. Spokojnych snów…


*wzór skróconego myślenia - usłyszałem tę frazę niedawno, spodobała mi się, „kupiłem”. Bardzo celnie definiuje styl mojego działania.