Rouen

Rouen

piątek, 25 września 2026

6 sierpnia. Między Soissons a zachodem słońca...

… w Laon. Nim jednak pożegnam Soissons, pojadę jeszcze na dworzec. Po drodze kupię sałatkę z kurczakiem i pół bagietki. Obiado-kolacja. Zjem na dworcu. Stamtąd wyślę zdjęcia. Grupa czeka. Dworcowe wi-fi jak zawsze - niezawodne.

Dworzec. Na peron wjeżdża skład, kilka wagonów. Pociąg do… Laon. Lubię patrzeć na odjeżdżające pociągi. Czasem trochę im zazdroszczę…

Veni - vidi - jadę. Przede mną 38 km. Jest 17:10. Ze wzoru skróconego myślenia *wynika, że w Laon powinienem być przed, nie, - raczej w okolicach „silnej” 20. I tak też się stanie.


Już na 6. kilometrze mapa (tak, to ona, to ona! - wskażę później palcem winną/winnego różnych niepięknych zaklęć) ściąga mnie z pięknego asfaltu i każe piąć się wąską ścieżką przez porastający zbocze gąszcz drzew i leszczyn.

- Dokąd mie wiedziesz - pytam? Czy na pewno tędy? Cisza. 3 calowy ekran nawigacji to zbyt mało, żeby rozwiać wątpliwości. Wyciągam komputer...

- Tędy, - odpowiada po dłuższym namyśle mapa. Na kolejnych metrach ścieżka skręci w lewo: przede mną ruina jakaś, jakby resztki schronu, po prawej budynek - ktoś tu jednak mieszka - po podwórzu biegają gęsi albo kaczki, a w głębi coś, co absolutnie do tego miejsca nie pasuje: wysoka, podwójna brama flankowana cylindryczną wieżą. A wszystkiego pilnują wściekle ujadające na mój widok psy. Odjeżdżam, udając, że mnie tu nie było.

A teraz. 13 kilometrów jazdy drogami gruntowymi. Średnia spada dramatycznie! Ależ się grzebię! W końcu wraca asfalt. Droga się prostuje, i już po chwili mam tu swoje „5”, a właściwie 10 minut „szczęścia". Długi na 5 km zjazd. Zerkam na licznik - licznik szaleje: 25… 30... 35... 43 km/h.

Napieram, ile sił w nogach. Laon już na horyzoncie. Laon!


O 20:30 jestem na placu przed katedrą i wciąż nie dowierzam: jak ja się tu znalazłem? Ostatni kilometr, to kolejny i ostatni dziś skrót. Oszukałem mapę. No, ale coś za coś. Znowu wspinaczka. Nie krótsza, może i dłuższa, niż ta na 6. kilometrze, lecz tym razem cel pewny, widoczny!


Plac. Jego patronem jest Gautier de Mortagne, postać dla dziejów miasta jakże wybitna - kapłan, teolog, w końcu i biskup Laon.

Zbliża się 21, a cała fasada, niemal do najniższych partii muru wciąż jest jeszcze pod słońcem! No, ale jesteśmy 250 m nad linią horyzontu. 2 lata temu jadąc od strony Saint-Quentin katedralne wzgórze odcinało się od tła już z odległości… 8 km!






Portal. Ta chwila, ten moment…

Usiądę w ogródku Le Parvis, na skraju placu. To bardzo dobra miejscówka. Nim podejdzie kelner, „danie główne” już mam przed sobą: oculus rozety, tympanon, 3 portale, wieże, jak cedry Libanu. I woły, którym przyjrzę się z całkiem bliska już jutro. Stolik, - jedyny wolny - a gości tu mnóstwo - to moje dziś miejsce na Ziemi, Układ Słoneczny, Droga Mleczna…

Tu spędziłem wieczór dwa lata temu. Obowiązkowy przystanek z noclegiem na drodze z Saint-Quentin do Reims. Dziś znowu siedzę w tym samym miejscu. Uwiedziony, pijany szczęściem. Ja - młodszy o osiem stuleci gość na weselnej uczcie...

Oprę się wygodnie, pod plecami miękka poduszka. Jestem w Laon!

Podchodzi kelner. Zamawiam pintę zimnego piwa. - „To wszystko”? - Tak, dziękuję. Piję niespiesznie, jak weselny toast. Tańczą myśli o architekturze...

Zostanę tu 2 dni, do soboty. 3 kilometry stąd jest kemping. Nie pojadę tam. Zostanę tu. To tylko 2 noce… 




22:30. Teraz na ścianie fasady tańczy światło, a ja stanę na z góry upatrzonej pozycji, za plecami ostatnich widzów. Zwiastun. Spiker zapowiada temat, ale obraz rozczaruje tego, kto sądził, że, jak w Reims, zobaczy tu opowieść o katedrze. Wydaje się, że więcej tu scen zaczerpniętych z ludowych baśni, opowieści z „mchu i paproci”. Miało być ciekawie, barwnie i monumentalnie. Ale przede wszystkim - to już moje dopowiedzenie - było głośno. Bardzo głośno.

Dwudziesto-minutowy seans powtarzany raz po raz, trwa więc… godzinę. I 2 tygodnie...



Tymczasem nad moją głową - światła nie ludzką, a Boską ręką uczynione. I tak pójdę spać. Dobranoc mieszkańcy i goście Laon. Spokojnych snów…


*wzór skróconego myślenia - usłyszałem tę frazę niedawno, spodobała mi się, „kupiłem”. Bardzo celnie definiuje styl mojego działania.

niedziela, 20 września 2026

6 sierpnia. Soissons i katedra Saint-Gervais-et-Saint-Protais…

Katedra. Kolejna? Żadną miarą! Bo nie ma podobnej do mnie: jestem wyjątkowa i niepowtarzalna…


- Witaj w Pikardii, która słynie z najwspanialszych gotyckich katedr! Piszą, że w promieniu 60 km jest nas 7. Jesteśmy w Amiens, Beauvais, Noyon, Senlis (skąd jedziesz) i Laon (dotrzesz tam dziś o zachodzie słońca). W tej liczbie mamy też jeszcze brata - bazylikę (w) Saint-Quentin. Choć nigdy nie był katedrą, należy do rodziny. Kropka.


I dalej słyszę:

- Wodząc wzrokiem po linii fasady niech nie zrazi cię brak symetrii. Widzę przecież, że wzdychasz, że na drugą wieżę zabrakło funduszy, a zgromadzony na jej budowę materiał „rozprowadzony” został po mieście. Zniknął się… Ale to szczegół. Nie martw się, symetria nie do końca jest wykładnikiem czyli warunkiem piękna. Popatrz na Saint-Denis (choć tu wkrótce wiele się może zmienić), na Saint-Etienne w Sens, czy Notre Dame w Strasbourgu. Też mają tylko jedną wieżę. I jakże są piękne!


- Patrz raczej na mistrzostwo, z jakim połączono oba, tak różne skrzydła transeptu z nawą. To południowe, - to pierwszy okres budowy, lata 70-90 XII stulecia. Po kilkuletniej przerwie prace ruszają dalej. Chór, północne ramię transeptu i nawę buduje się już wg nowych, „ustalonych” dla Chartres i Paryża, reguł. To już gotyk klasyczny, dojrzały. „Certyfikat” znajdziesz w nowych podziałach muru. Nie ma tu już, jak w ramieniu północnym - galerii nad arkadą. Wysokie, i już nie lancetowate, a rozpięte od przęsła do przęsła okna oddziela od niej pas triforium. Już za chwilę i on rozbłyśnie światłem.

A nad głową kamienne niebo - czterodzielne sklepienie (żebrowo-krzyżowe). Zachodnią ścianę nawy zamyka organowa empora, a nad nią - rozeta z pięknym oprawionym w kamienną ramę witrażem.

Światło...


- Ach, i ściana północnego ramienia! Czy świeci słońce, czy nie - mamy tu święto światła! Na szkle „malowane” żywoty świętych. A biegnący od triforium ku posadzce maswerk, mijając Ołtarz, jakże wiele miejsca pozostawia wyobraźni…


- Rozeta na ścianie zachodniej! Widziałeś, co stało się tu styczniowej burzy roku 2017? Egon hoc fecit - podpisał się orkan, wpychając do wnętrza oculus rozety i część jego kamiennej oprawy. Ale to nie był koniec. Spadający na organową emporę kamień zniszczył trakturę organów. 5 lat trwało naprawienie szkód. Teraz chroni mnie dodatkowa zapora ze szkła i cuda inżynierii, - elastyczna, reagującą na zmiany ciśnienia, oprawa. Ale organy wciąż milczą…


Jest 17. Jestem tu po raz trzeci, a zdaje mi się, jakby pierwszy. Bo katedra, to coś więcej, niż tylko kamienna szkatuła, „relikwiarz” światła. To coś więcej, niż przestrzeń ograniczona murem, suma zdobień, przedstawień, dzieł sztuki. To namiot spotkania, aula Dei, miejsce tęsknoty. Bywa, że przeraźliwej.


Opuszczam Soissons z uczuciem niedosytu. Jeszcze zajadę na dworzec (lubię te małe dworce) i w drogę…

Do Laon jedziemy. Na wschód. Na zachód słońca. Do ostatniej z katedr Pikardii.






























środa, 16 września 2026

6 sierpnia. Soissons...

Katedra Saint-Gervais-et-Saint-Protais de Soissons…


Tak, bywa, że o smaku rozstrzyga miejsce, z którego obserwujemy „potrawę”…


ps. naprawdę - można mieć ciastka i zjeść ciastko...


🎵

sobota, 12 września 2026

6 sierpnia. Między Senlis a Soissons…

… jest co? 65 kilometrów (jak się okaże - nie tylko asfaltu) i Longpont, - mała wioska na skraju lasu Retz, 16 km od Soissons. Na placu wioski - najsmutniejszy chyba widok na tegorocznej trasie - ruiny Abbaye de Notre Dame, - kościoła i klasztoru założonego jeszcze przez św. Bernarda w 1131 roku, a zniszczonego przez „siły postępu” pamiętnego roku 1789. Tam zanocuję. Ale teraz w drogę! Jest 16:30 - jadę!



Szerokie, jak pas startowy pobocze departamentowej D 1324 ciągnie się przez 20 km! To jakiś rekord „rozbiegu”. Tuż za Vauciennes droga połączy się z N 2. Koniec luksusów. Jeśli do tej pory nie zdążyłeś oderwać się od ziemi (ja nie zdążyłem) zostaniesz zesłany na polne ścieżki i czeka Cię naprawdę ciężka przeprawa, bo droga tu pełna dziur i ostrych kawałków rozsypanego tłucznia. Więc jadę ostrożnie, znaczy się - powoli. Jak pijany bujam się od prawej do lewej, rzucając tęskne spojrzenia w stronę biegnącej opodal „krajowej” dwójki.

- Nawet o tym nie myśl, - myślę i jadę dalej. Ale tamta - kiedy zdaje się, że rozstaliśmy się na dobre - najpierw ginie za szpalerem drzew, by za chwilę znowu wybłysnąć. I kusi, i mami…

Celebruj to, czego chcesz być godny - więc celebruję: pogodę, mijane uprawy (nie pamiętam już czego), schodzące coraz niżej słońce, polną drogę…


Na 55. kilometrze - Villers-Cotterêts i zamek króla Franciszka I. To on siedzibę pamiętającą jeszcze czasy Merowingów przeobraził w piękny, renesansowy zamek. I to spod jego ręki wyjdzie edykt (1539) ustanawiający francuski językiem administracji i prawnych regulacji. Tu, w podniesionym ze zniszczeń, otoczonym wysokim ogrodzeniem i złą sławą towarzyszących odbudowie - a jakże! - finansowych afer, mieści się dziś Cité Internationale de la Langue Française - Międzynarodowe Centrum Języka Francuskiego. W punkt.


Przed pałacem, od jego północnej strony, - park. Park? Park jest piękny i rozległy, że okiem nie zmierzysz. Może ugości mnie noclegiem? - myślę. Waham się, kalkuluję. Jeszcze przez godzinę mam dzienne światło. Nie. Pojadę dalej.

Więc jadę!


Tuż za miastem droga ponownie zamieni się w „polną”. Wjeżdżam w las. Ach! Jak nieprzewidywalna jest dziś droga! Ktoś, i napewno nie był to Franciszek, ani żaden z później panujących, kazał położyć tu cegłę. Ale nie tak, jak buduje się drogę, - równo, cegła przy cegle. Pod górkę jeszcze podjadę, na zjazdach muszę zejść z roweru, bo kierownica bije po nadgarstkach. Słońce już dawno zaszło za drzewa, robi się mało pięknie. Coś biega między drzewami. Myśliwym tu jestem, czy zwierzyną…? Łowcą się stanę, czy ofiarą?

Longpont i ruiny Notre Dame. Dotrę tu już w całkowitych ciemnościach. Ale to dobrze, bo kto spojrzy w okaleczone przez barbarzyńców oko rozety i nie zadrży? Jak spacerować po ogrodzie klasztornego dziedzińca, spoglądać na połamane żebra nawy i nie zapłakać?

Zaiste, miejsce to budzi trwogę, lecz nie nabożną. Boli, kiedy masz w sobie choćby odrobinę wrażliwości.


Dziś ruiny kościoła i odrestaurowane z wojennych zniszczeń dawne, klasztorne zabudowania, to własność prywatna. Atrakcja turystyczna. Jeśli chcesz, możesz tu zorganizować konferencję, przyjąć gości, wziąć ślub, wyprawić wesele - Zaprasza strona abbayedelongpont.fr!

Jak tylko się obudzę, przywrócę tu dawne porządki. Odwołam na chwilę edykt Franciszka. Znowu popłynie łacina. Czterolinią. - Salve Regina…


Nim wybiją dzwony na (pierwsze) Anioł Pański, pozbieram myśli i rzeczy. Tych drugich jest niewiele, więc o 7 jestem gotowy do (pierwszej) kawy. Hotelowa restauracja już czynna! 7:45 - jestem w drodze.

Zabieram ze sobą ciekawą znajomość. Petrus Cantor (Piotr Kantor), teolog z końca XII wieku, pochowany tu właśnie w Longpont. Jeszcze do niego wrócimy... 

A teraz do Soissons jedziemy. Allez !


wtorek, 8 września 2026

Notre Dame de Senlis i „Szkice piórkiem"...

Po powrocie do domu powracam do lektury „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego. (Czy tą książkę w ogóle da się dokończyć?) Zaczynam od miejsca, gdzie zakładka. Czy tam się zatrzymałem, kiedy ostatni raz miałem książkę w ręku? Nie wiem. Jednak w przypadku eseju Bobkowskiego nie ma to większego znaczenia, bo książkę czyta się, jak Citadel Exuperego - możesz ją otworzyć w dowolnym miejscu, „na chybił trafił”, by za chwilę wrócić do rozdziałów wcześniejszych lub pójść dalej...

Lecz cóż to za uczucie, kiedy przerwana wcześniej lektura (albo tylko zakładka) odsyła do katedry i miasta, skąd właśnie wracam, i o której tych kilka akapitów i zdjęć!?

- Senlis!

   

Dochodzimy do placu przed katedrą. Śliczna, stara gotycka katedra - zresztą znana i zwiedzana. Jak cały gotyk francuski, tak i ta katedra pomimo całej swojej powagi, leciwości i masy jest jakaś lekka, żywa, wtopiona w całość miasteczka - jedna z wielu, bez pretensji. Nie otacza jej żadna specjalna cześć, nikt nie wmawia, że to jest „weltberühmt", nikt nie rozparcelowuje jej na kawałki, wnikając w jakieś pojedyncze kamienie; można z nią rozmawiać, jak ze spotkanym przed chwilą śmieciarzem, po swojemu.

We Francji jest tyle katedr, tyle zabytków, tyle starych mebli i starych domów, wśród których płynie życie, że nawet zabytki są rzeczą najzwyczajniejszą. Wchodzą w program codzienności. Należąc do wszystkich, tym łatwiej uważać je można za „moje ulubione" i doszukiwać się w nich uroku, którego nikt nie każe znajdować; łatwiej wejść z nimi w intymny kontakt. I nikt nie zapała świętym oburzeniem, jeżeli spodoba mi się na przykład twierdzić, że Notre-Dame, to kicz średniowieczny i że chimery są niczym w porównaniu z zielonymi końmi Picassa.


Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem. Warszawa 2014.