23 czerwca. Annecy.
Przede mną kawa i 16 km pchania roweru pod górę, albo… pociąg. Ale nie. Nie! Przynajmniej jedną stronę muszę przejechać rowerem. To ledwie 50 km. Spoglądam na mapę i już wiem, że będzie bolało. Ale przecież każdy ból kiedyś przechodzi. Tego pejzażu nie wolno oglądać z okna pociągu. Trzymam kierownicę - dwa końce dialogu, którego treści i przebiegu (+68) Wam nie zdradzę.
Ale nim opuszczę Annecy, pojadę na 47 Rue Carnot do Pierr’a Guy (na skecz w) sklepie z serami… To wyjątkowy sklep. Odkryłem go na językowym vlogu. Rekomendowany. Uznany. Miło się tu kupuje. Sprzedawca (pani) i temat powodują, że opuszcza mnie trema i po raz pierwszy czuję się dość swobodnie. Proszę o wybranie 7 serów do degustacji. Jadę do Les halles biltoki. To hala targowa, ledwie 300 metrów dalej, gdzie można degustować na miejscu produkty kuchni, głównie regionalnej. Sadowię się wygodnie na zewnątrz, zamawiam aperitif (białe i czerwone, oba pasują) i zaczynam…
Chevre sec, Beaufort, Tomme de Savoie, Gruyere, Comte, Plaisir Fermier, Bleu de Bonneval…
Skosztowałem Annecy...
Południe. Wyjeżdżam. Co się w drodze działo i jak trudne mogą być tu kilometry, doświadczyłem (posmakowałem) osobiście. Czy bolało? Nie powiem, to męska rzecz…
(Dagmaro, naprawdę chcesz tego?)
Aix-les-Baines. Przed miastem jeszcze szalony zjazd, którego się nie spodziewałem. Asfalt oddaje mi teraz to, co zabrał wcześniej. Uważam, że remis będzie sprawiedliwy.
Jadę na kemping. Nie podoba mi się. Nie będę rozkładał namiotu na żwirku. Jadę na drugi. Blisko. Kilometr dalej. Nad samym jeziorem. Przestronny, nie jak tamta kuweta. I tańszy. A na miejscu jest też restauracja, w której mogę się leczyć i ugasić pragnienie.
Francuzi przy stolikach. Jak można jeść w taki upał?!
Kilka zdjęć…
Czy poważę się jutro na drogę do La Salette? Zobaczymy. Jest taki odcinek, gdzie na dystansie 8 km wypada 1000 metrów przewyższenia.




























































