Rouen

Rouen

poniedziałek, 29 czerwca 2026

29 czerwca. Gap. kemping i dalej...

Kemping (Le Napoleon) idealnie wpisuje się w architekturę krajobrazu i wczorajszego zjazdu. Jest gdzieś w połowie drogi do miasta, na jednym z zakrętów, a właściwie zawrotek, bo droga układa się, jak lejący się z łyżeczki miód (albo czekolada, czarną) wstążką.


Noc. Sen pożywny, och, jak bardzo! Budzę się wyspany i gotowy do drogi już o 7. Wstaję nieprzynaglany  budzikiem.

Przede mną 134 km lekko, ale zdecydowanie opadającej w dół (no, przecież nie w górę!) drogi do Saint-Paul-Trois-Châteaux, gdzie romańska katedra. Zakochałem się w niej 2 lata temu, kiedy wstąpiłem tu na chwilę, na godzinę, w drodze z Lyonu do Arles. No i stało się...

Katedra nie jest gotycka, ale mimo tego ma sobie to „Coś". Co to znaczy? Jak to „coś” wyrazić słowami? Nie potrafię. Uwiedzenie, to najlepsza chyba metafora… A nawet, gdyby to było coś więcej (co być może) lub mniej (co niepodobna), - wybór nie podlega dyskusji i negocjacjom.
Jadę tam...
Z noclegiem.

niedziela, 28 czerwca 2026

28 czerwca. Gap. Kemping…

Wykończył mnie dzisiejszy przejazd. Ze względu na słońce wyruszam o 14, a dopiero o 18 jestem na wzgórzu, skąd 12% nachyleniem droga schodzi do miasta Gap. To przecież ledwie 40 km…!


Nie wiem, czy w połowie, czy dalej zjazdu - kątem oka dostrzegam szyld kempingu: Napoleon… (wygląda więc na to, że wciąż jestem na ścieżce małego Korsykanina).


W planach miałem minąć dziś Gap i pojechać dalej, drogą w stronę Rodanu, gdzie potrójny Saint-Paul. Nie dam rady. Słońce wypiło ze mnie 2,5 litra płynów, a to było przecież ledwie 40 km! Co mnie złamało? Podjazd na ostatnich kilometrach… Musiałem zejść z ramy i czołgać się asfaltem, jak ostatnia ciura…


Więc nocuje dziś u Napoleona. Wizyta niezapowiedziana. Nieplanowana, ale nie ma innego wyjścia. Padam...


Z cesarskim pozdrowieniem…


I kilka gór-obrazów. I zdjęcie profilu trasy, żeby nie było, że zmyślam...







28 czerwca. Corps - Gap...

28 czerwca. Niedziela (V po Zesłaniu Ducha Świętego).


Po wietrznej, zwiastującej burzę nocy - piękny, słoneczny dzień. Cisza, spokój…


Noc tragiczna. Wieje silny, porywisty wiatr. Szarpie namiotem. Idę do pomieszczenia socjalnego. Tam się położę. W środku sofa i stół do ping-ponga. Andrzeju, Kuba, Panie, Panowie, - może partyjka?
Sofa za krótka, duszno. Nie zasnę. I nagle, jak nożem uciął. Cisza, spokój. Patrzę na zegarek: 1:44. Wracam do namiotu.

Poranek. Obok namiotu, małżeństwo z Niemiec, z Keiserslautern. Częstują kawą. Gadamy chwilę. Wracają z urlopu. Ach, ci szaleni emeryci… Polecam im kilka miejsc. Nie byli jeszcze w Bretanii… Błąd…

O 14 ruszam do Gap. Tam skręcam w prawo i jadę w stronę Saint-Paul-3-Chetaux. Czas opuścić piękne góry i region Izery.

W jedynym tu sklepie robię zakupy na kolację. Sprawdzam stan bananów. - Proszę nie dotykać, karcącym tonem napomina mnie Pani. - Sama podam…

Niedziela. Wczoraj urodziny Anieli, jutro Leona. Imieniny Brata…

A ja? - Dominus illuminatio mea, et salus mea, quem timebo…?
Skoro tak, to jedziemy...



sobota, 27 czerwca 2026

27 czerwca. Corps - La Salette...

27 czerwca. Corps.


Cisza. Spokój. Wstaję późno. Jest sobota, 8 rano. Pogoda, mimo wcześniejszych, niezbyt optymistycznych prognoz, zaskakuję powtarzalnością: witaj, Słońce! A świeć, świeć!.

Sąsiedzi z karawanu - małżeństwo z Niemiec, częstują mnie kawą. Pani zakochana w Bretanii (witam w klubie)…

Gadamy z godzinę. O tym, gdzie byliśmy i gdzie warto. Chyba nie podszkolę (mojego) francuskiego.


Mija zmęczenie wczorajszą wspinaczką. Jeszcze wieczorem zrobiłem pranie. Pod prysznicem…

Do południa odpoczywam. Nie robię nic. Na Anioł Pański zostawiam (pod opieką Anioła z niższego chóru) graty i jadę do La Salette. Czy Matka Boża musi objawiać się zawsze tak wysoko?


Do La Salette są dwa warianty drogi:

pieszy o długości 8 km (1000 m przewyższenia) lub

„rowerowy" - 14 km.

Już chyba wiecie, który wybrałem. Nawet jeśli będę musiał zejść na asfalt, to podejście na dłuższym odcinku będzie bardziej „komfortowe”. Powiedzmy - ludzkie. No i zjazd będzie! Wprawdzie na hamulcu, ale za to w kwadrans będę już w domu. Znaczy się - namiocie…



To tyle gadania. Jadę Was polecić. Siebie też.


La Salette...

Ilekroć wpisuję nazwę Sanktuarium, słownik zamienia mi „La” na Ła, więc dobrze, powiem to: łał!

Podjazd ustałem (wiary dochowałem). 14 km, 2,5 litra płynu, 3 godziny…


Droga powrotna. Kiedy gubiłem wysokość, coś we mnie łkało. Epicki zjazd. 25 minut i byłem w domu. Znaczy się na kempingu… I co, tylko tyle? Nic więcej? Tak. Tylko tyle. Jedni (para z Polski) przyjechali tu szukać wrażeń, inni autokarem, a jeszcze inni na motocyklach. Mój rower był ozdobą parkingu. Pani, która mnie zagadnęła, nie dowierzała, że wjechałem tu bez prądu.

- Chapeau, powiedziała, oglądając mój rower, nie znajdując na ramie baterii...


Z powodu słońca wyruszam później, niż planowałem - o 15. 3 godziny drogi, 3 godziny pobytu. Polecone sprawy - załatwione. Wystarczy. O architekturze (kościoła) nie powiem nic ponadto, że to taka trochę słaba powtórka z romańszczyzny.

Wystrój prezbiterium - szok. Na apsydę, tzn. malunek, w zasadzie nie dało się patrzeć. Bolało…


A na trasie? Widoki, jak to w górach - malownicze, przepiękne, zapierające dech. Kilka postojów na pobranie tlenu i płynów. I dalej, dalej…

I co jeszcze mam powiedzieć? Że nie jestem zmęczony? Skłamałbym, mówiąc, tak. Serio.

A teraz już namiot woła…

Dobranoc.


Jutro niedziela, ale najbliższa Msza nie tu, w Corps. Gdzieś na końcu świata.

Jutro jadę do Gap.











piątek, 26 czerwca 2026

26 czerwca. Le Mure - Corps...

Po ciężkich bojach z grawitacją jestem w Corps. Jest 17. Rozpiera mnie duma, bo rozjechałem wszystkie podjazdy. Żadnego prowadzenia się za rączki, choć pokusa była wielka. I ustałem! Jazda od zakrętu do zakrętu. Bez słów, niepotrzebnych grymasów.


Corps. Pogoda. Powietrze prześwietlone słońcem. Widoki piękne, ale zdjęcia w tak rozproszonym świetle nie wychodzą najlepiej. Nawet słabo. W oddali, trudno ocenić odległość - Mont Blanc. Bliżej już nie podjadę. Wieczór. Zanosi się na deszcz. Oby nie, bo pranie mi nie wyschnie.


Corps, miasteczko, czy raczej duża wioska? Gęsta zabudowa, uliczki wąskie, jedna główna z dwoma restauracjami. Hotel, poczta, sklep. Kupuję mydło i powidło. Na mydle zrobię pranie, powidło wypiję na kempingu. Chciałem klasycznie, na mieście (czy może dużej wiosce), przy stoliku. Ale powidła nie pija się byle gdzie...


Corps. Kemping. Ten właściwy jest 2,5 km, tzn. 250 metrów niżej. nad jeziorem  Nie pojadę tam. Na moim parkują 2 karawany i jest wszystko, co potrzebne do życia. Tzn. woda.


Corps, miasteczko (choć może raczej duża wioska). Stąd otwiera się droga do La Salette. Ale to dopiero jutro. 14 km podjazdu. Dziś idę spać.

Po wczorajszej/dzisiejszej nocy jestem zmęczony. Namiot postawiłem dopiero o 2 w nocy. I nie pytajcie proszę, dlaczego. Lekcja, którą musiałem odrobić sam. W ciszy...


Corps. Raczej duża wioska z miasteczkową zabudową…

 







czwartek, 25 czerwca 2026

25 czerwca. Grenoble i trzy (całkiem pokaźnej wielkości) podjazdy...

Brié-Et-Angonnes. Tu po wyjeździe z Grenoble kończy się pierwszy podjazd. Prosty. Znaczy się, nieskomplikowany technicznie. 7 km, 250 m. przewyższenia. Ale i tak pcham. Ktoś zatrzymuje się. Proponuje podwózkę. Dziękuję. Muszę zrobić to sam…


W Brié Odpoczywam godzinę, bo (wiem, że) przede mną dziś jeszcze większe wyzwanie. Główne danie. Ale najpierw aperitif - bajeczny zjazd do Vizille. I tu się zaczyna.

5, 10, 15…

Stąd do Lauffray, czyli najbliższego wypłaszczenia, na odcinku 9 km przewyższenie wyniesie... 700 m! To dużo. To bardzo dużo…


Pobocze wąskie. Na szczęście droga ocieniona. Uśmiecham się do każdego zakrętu. Nie uśmiecham się do kierowców, bo idę z głową pochyloną nad kierownicą. Widzę tylko pobocze i koniec daszka kasku. I czekam kolejnego zakrętu z nadzieją, że ujrzę kawałek płaskiego asfaltu.


Po trzech godzinach wspinaczki - jest Laufray! Chłodzimy się chwilę i dalej w drogę, ale nad dalszą drogą zawisły czarne chmury. To chmury deszczowe. Bardzo deszczowe. Oglądam je prze okno McD, gdzie właśnie ładuję baterie… Deszcz ratuje mnie przed ostatnim, trzecim dziś podjazdem. Niech będzie na jutro. Na śniadanie. Obiad może już w La Salette...










ps. czy ja przypadkiem nie jadę Drogą Napoleońską?

25 czerwca. Le Bourg. Przystanek autobusowy na drodze do Grenoble…

Siadam na ławeczce. W cieniu.. Na przystanku, tym po drugie stronie ulicy, wystawka książek. Wybiorę jedną i zabiorę ze sobą jedną. Przeglądam. Jest Diderot, dzieła wszystkie, tom IV i V. Twarda oprawa. Ważą za wiele. Nie wezmę. Wybieram „Mots d’excuse. Les parents ecrivent aux enseignants” - „Rodzice piszą do nauczycieli usprawiedliwienia”.


Może się jeszcze przyda. Rodzicem nie przestaje się być nigdy, a moje Dzieci (ma Fierte) nigdy nie przestają się uczyć…

🙃