… w Laon. Nim jednak pożegnam Soissons, pojadę jeszcze na dworzec. Po drodze kupię sałatkę z kurczakiem i pół bagietki. Obiado-kolacja. Zjem na dworcu. Stamtąd wyślę zdjęcia. Grupa czeka. Dworcowe wi-fi jak zawsze - niezawodne.
Dworzec. Na peron wjeżdża skład, kilka wagonów. Pociąg do… Laon. Lubię patrzeć na odjeżdżające pociągi. Czasem trochę im zazdroszczę…
Veni - vidi - jadę. Przede mną 38 km. Jest 17:10. Ze wzoru skróconego myślenia *wynika, że w Laon powinienem być przed, nie, - raczej w okolicach „silnej” 20. I tak też się stanie.
Już na 6. kilometrze mapa (tak, to ona, to ona! - wskażę później palcem winną/winnego różnych niepięknych zaklęć) ściąga mnie z pięknego asfaltu i każe piąć się wąską ścieżką przez porastający zbocze gąszcz drzew i leszczyn.
- Dokąd mie wiedziesz - pytam? Czy na pewno tędy? Cisza. 3 calowy ekran nawigacji to zbyt mało, żeby rozwiać wątpliwości. Wyciągam komputer...
- Tędy, - odpowiada po dłuższym namyśle mapa. Na kolejnych metrach ścieżka skręci w lewo: przede mną ruina jakaś, jakby resztki schronu, po prawej budynek - ktoś tu jednak mieszka - po podwórzu biegają gęsi albo kaczki, a w głębi coś, co absolutnie do tego miejsca nie pasuje: wysoka, podwójna brama flankowana cylindryczną wieżą. A wszystkiego pilnują wściekle ujadające na mój widok psy. Odjeżdżam, udając, że mnie tu nie było.
A teraz. 13 kilometrów jazdy drogami gruntowymi. Średnia spada dramatycznie! Ależ się grzebię! W końcu wraca asfalt. Droga się prostuje, i już po chwili mam tu swoje „5”, a właściwie 10 minut „szczęścia". Długi na 5 km zjazd. Zerkam na licznik - licznik szaleje: 25… 30... 35... 43 km/h.
Napieram, ile sił w nogach. Laon już na horyzoncie. Laon!
O 20:30 jestem na placu przed katedrą i wciąż nie dowierzam: jak ja się tu znalazłem? Ostatni kilometr, to kolejny i ostatni dziś skrót. Oszukałem mapę. No, ale coś za coś. Znowu wspinaczka. Nie krótsza, może i dłuższa, niż ta na 6. kilometrze, lecz tym razem cel pewny, widoczny!
Plac. Jego patronem jest Gautier de Mortagne, postać dla dziejów miasta jakże wybitna - kapłan, teolog, w końcu i biskup Laon.
Zbliża się 21, a cała fasada, niemal do najniższych partii muru wciąż jest jeszcze pod słońcem! No, ale jesteśmy 250 m nad linią horyzontu. 2 lata temu jadąc od strony Saint-Quentin katedralne wzgórze odcinało się od tła już z odległości… 8 km!
Portal. Ta chwila, ten moment…
Usiądę w ogródku Le Parvis, na skraju placu. To bardzo dobra miejscówka. Nim podejdzie kelner, „danie główne” już mam przed sobą: oculus rozety, tympanon, 3 portale, wieże, jak cedry Libanu. I woły, którym przyjrzę się z całkiem bliska już jutro. Stolik, - jedyny wolny - a gości tu mnóstwo - to moje dziś miejsce na Ziemi, Układ Słoneczny, Droga Mleczna…
Tu spędziłem wieczór dwa lata temu. Obowiązkowy przystanek z noclegiem na drodze z Saint-Quentin do Reims. Dziś znowu siedzę w tym samym miejscu. Uwiedziony, pijany szczęściem. Ja - młodszy o osiem stuleci gość na weselnej uczcie...
Oprę się wygodnie, pod plecami miękka poduszka. Jestem w Laon!
Podchodzi kelner. Zamawiam pintę zimnego piwa. - „To wszystko”? - Tak, dziękuję. Piję niespiesznie, jak weselny toast. Tańczą myśli o architekturze...
Zostanę tu 2 dni, do soboty. 3 kilometry stąd jest kemping. Nie pojadę tam. Zostanę tu. To tylko 2 noce…
22:30. Teraz na ścianie fasady tańczy światło, a ja stanę na z góry upatrzonej pozycji, za plecami ostatnich widzów. Zwiastun. Spiker zapowiada temat, ale obraz rozczaruje tego, kto sądził, że, jak w Reims, zobaczy tu opowieść o katedrze. Wydaje się, że więcej tu scen zaczerpniętych z ludowych baśni, opowieści z „mchu i paproci”. Miało być ciekawie, barwnie i monumentalnie. Ale przede wszystkim - to już moje dopowiedzenie - było głośno. Bardzo głośno.
Dwudziesto-minutowy seans powtarzany raz po raz, trwa więc… godzinę. I 2 tygodnie...
Tymczasem nad moją głową - światła nie ludzką, a Boską ręką uczynione. I tak pójdę spać. Dobranoc mieszkańcy i goście Laon. Spokojnych snów…
*wzór skróconego myślenia - usłyszałem tę frazę niedawno, spodobała mi się, „kupiłem”. Bardzo celnie definiuje styl mojego działania.