Rouen

Rouen

piątek, 12 czerwca 2026

12 czerwca. Dzień drugi i splendor katolickiej sztuki...

Już się sadowiłem wygodnie w siodle, już zapinałem pasy, gdy dosięgła mnie strzał(k)a. Spadłem więc posłusznie i poszedłem w kierunku, z którego ją wypuszczono. Nie, nie była to rezydencja Voltair’a, a Le Musee Unterlnden. Jedna z największych (podobno) na świecie kolekcji retabulów, predelli i innych dzieł sztuki, stanowiących w swoim czasie (od merowingów począwszy, a na xvi wieku skończywszy) wyposażenie i ozdobę katolickich świątyń.


Gdzie podział się duch, dokąd odleciało natchnienie, gdzie geniusz artystów tamtego czasu?

Duch odleciał, ale został po nim widzialny ślad. Spędziłem z nim najpiękniejsze godziny dzisiejszego dnia.


Skutkiem tego zapatrzenia się, siły wrażeń i myśli cięższych od podróżnych, do Belfort pojechałem... pociągiem.

Pomyśleć, że tak niewiele brakowało, a ominęłoby mnie tak piękne objawienie.

Przesyłam cząstkę, próbkę zaledwie tego, co z uwagi na rozmiar i sposób ekspozycji udało się sfotografować telefonem.


Jutro rano (110 km) do Besançon.





















czwartek, 11 czerwca 2026

11 czerwca. Dzień pierwszy/drugi

Noc w pociągu. 23:28 odjazd z dworca Berlin Hfb. - 8:11 przyjazd do Freiburga. Po drodze kilka zatrzymań. Ludzie wsiadający ze swoimi rowerami, ludzie wysiadający. Poznajesz wyznawców ze swojej sekty. Ten jedzie na Sycylię przez Alpy - przełącz Św. Bernarda (temu powinien buty wiązać), drugi wraca skądinąd, ale nie ma ochoty na gadkę, więc milczymy.

2-godzinna drzemka, potem krótkie, jak pociągowe fotele klasy 2 odloty na kwadrans, dwa, pociąg jedzie. Rowery wsiadają i wysiadają. Tylko mój stoi nieporuszony. Zasnął? O czwartej nad ranej koniec drzemki. Teraz już tylko czuwanie…

Ale nie ma co się pochylać nad zmęczeniem czy niewyspaniem. Pierwsze i drugie wrócą tu jeszcze razem z grawitacją. Za dnia wszystkim trzem trzeba będzie dać odpór.

Ale zostawmy to podróżne laboratorium, nie rozbijajmy atomu na to, czego nie widać, szkoda baterii. I atramentu…


Na zegarze 7:20. Ach, jaką mam ochotę na kawę! Nawet taką zwykłą, dworcową, ale wagon, gdzie ją podają jest za daleko. Wracam na siedzenie. Pod kontaktem mam telefon i macBooka. Nie zostawię ich bez opieki. Na dworcu wypiję Latte Machiato (4,50). To już za chwilę…


Freiburg Im Breisgau. Tu przesiadam się na rower i jadę do Colmar. To już po tamtej, właściwej stronie rzeki Ren… 50 km asfaltu i szutrów.

Oddycham. Żyję…






Nad leniwym nurtem Renu wznosi się czarna, bazaltowa skała, a na jej szczycie - perła - monaster, dziś - kościół parafialny. Perła z ducha już trochę gotycka, ale jeszcze nieśmiała, w wielu detalach wciąż romańska. Już się wyrywa ku światłu, ale okna zbyt wąskie, a prezbiterium zbyt krótkie, by napełnić nawę dostateczną ilością światła. W środku piękny ołtarz z xvi w.









Colmar i mylnie tytułowana katedrą, kolegiata pw. Św. Marcina. Kamień piękny, wielobarwny nie tylko z natury ale i światłem zachodzącego słońca barwiony. Wejdę tam jutro.


Colmar. Stare uliczki, poprzecinane kanałami, domy jak z bajki. La Petite Venice… więc tak wygląda Wenecja…

Jutro wejdę do kolegiaty, Muzeum zabawek zostawię dzieciom. W południe do Belfort.

środa, 10 czerwca 2026

10 czerwca. Początek...


Warszawa, Dworzec Wschodni - Berlin też Dworzec Wschodni.

Przejazd spokojny, ledwie 5 godzin. W Berlinie - planowo. Wysiadam na Ostbahnhof. Zimno. Rozgrzeję się w drodze. Jadę do dzielnicy Mahlsdorf, gdzie mieszkają Przyjaciele rodziny. 14 kilometrów, z czego połowa, to deszcz. Tak wita mnie Berlin...


Mahlsdorf. Spotkanie po 10 latach. Siadamy w ogrodzie. Radość słuchania, sztuka rozumienia (języka) i milczenie, długie chwile milczenia, które nie rodzi zakłopotania…

Przyjaźń, która, jak łaska - na którą się nie zasługuje, spływa na dzieci Rodziców…

Przepyszny obiad, a właściwie obiado-kolacja.


I znowu siedzimy i rozmawiamy, ciekawi siebie. O 19.30 kurs na dworzec, tym razem, choć to ledwie 18 km, droga zajmuje mi 1,5 h. Jest chłodno i zanosi się na deszcz.


Berlin. Tak naprawdę nie lubię tego miasta. Nie rozumiem go. Jest tak kosmopolityczne, głośne i wielonijakie. Przepraszam, musiałem się poskarżyć. To za tę aurę.


Dworzec. Jest 22:30. Za godzinę pociąg do Fryburga. Zakupy na drogę. Kilka słów na dobranoc.

Jadę, gotyk woła...

wtorek, 9 czerwca 2026

Gallia est omnis divisa in partes tres… czyli zapowiedź trzecia.

Tak. Czas na konkret. Do wyjazdu pozostało kilka godzin. Jak Cezar Galię i ja podzieliłem tegoroczną trasę na 3 części. Zaraz po tym, jak w czwartkowy poranek pociąg wysadzi mnie na stacji Fryburg, przejeżdżam Ren i podbijam Colmar. Później podda się twierdza Belfort, dalej - Besançon, Dijon, Mâcon…

I tak minie pierwszy tydzień...


Z Mâcon pojadę do Annecy. Tam, po kulturalnej wizycie u słynnego producenta serów (Pierre Gay), przez Aix-Les-Bains i stolicę zimowych sportów - Grenoble, pojadę do La Salette. Później będzie Gap. Tam, skręciwszy w prawo, drogą na zachód w kierunku rzeki Rodan pojadę do Saint-Paul-3-Châteaux.

Czas i droga leczą rany...

Avignon, Arles i Nimes, to kolejne 3 miasta pierwszej części trasy.

(Liczba 3 rządzi…)


Siedzę na balkonie otulony w koc…. Nie, nie wróć! Dziś jeszcze jestem na Gocławiu. Siedzę na tarasie, jest późny wieczór, 9. czerwca.

Pada deszcz...

(Ach, kiedy znowu zobaczę Twoje oczy?)


Jutro w porannym pociągu do Berlina założę na ‎WhatsApp-ie grupę: Korona Katedr 2026. To społeczność otwarta. Każdy w dowolnym momencie będzie mógł się dołączyć.

Będzie mi miło...

niedziela, 31 maja 2026

Korona Katedr 2026. Zapowiedź druga...

To nie jest relacja z przygotowań, bo te po pierwszej zapowiedzi (ach, kiedy to było!) są na ukończeniu. Czym jeszcze nie jest ten wpis? Nie jest listą miejsc, kalendarzem zdarzeń, nawet szkicem tegorocznej wyprawy. W ramach tytułowego cyklu - być może ostatniej.

(Naprawdę to napisałem? - Ostatniej…?)


Zostawmy jednak czasy przyszłe. Co do mnie, wolę mówić o niej jako o pierwszej, bo tu wszystko będzie inne, nowe, a wiele rzeczy - pierwszymi. Przede wszystkim nie będziemy się spieszyć! Koniec ścigania się z rozkładem jazdy, koniec limitów czasu…!


Jeszcze 10 dni, jeden tydzień. Teraz pakowanie, eksport map (i innych wrażliwych danych) na Garmina, nabijanie baterii.


Program? Jak każdego roku, niezmienny. Katedry. Te byłe i obecne; gotyckie i romańskie, o łukach ostrych jak grot strzały i ościeżach, jak królewska komnata; te, które do tej pory wciąż pozostawały na mapie i te, które przyjmowały mnie w swoje progi już nie raz, ale wciąż, wciąż za mało.

Notre Dame de Laon, - pozdrawiam Cię… Notre Dame de Reims, - pytam o Ciebie...

Wejdę w mury dawnych opactw. Wiele z nich to biletowane przez państwo ruiny. W drodze do Bretanii pozdrowię miejsca walk Wandejskich Powstańców. Czy ktoś jeszcze odważył się tak radykalnie sprzeciwić władzy rewolucyjnego Paryża, dać życie w obronie wiary i króla? Dieu et le Roi…!


Ouessant. Wyspa. Tam odpocznę. Usiądę przy małym stoliku Ty Butun, skąd dobrze widać, kto właśnie przyjechał, a kto nie…

Tęsknię za wstającymi nad świtem mgłami, za światłami latarń, nocą pod Le Créac’h, gwiaździstym niebem nad Wyspą...

Bretania. Finistère i Penn-ar-Bed znaczą to samo...



Mapa? Wiem, wiem, co powiesz. Przerazisz się. Ale nic na to nie poradzę. Tak właśnie wygląda mapa wędrówki na kraniec świata...

czwartek, 30 kwietnia 2026

Ce matin...

« Ce matin j’ai taillé mes rosiers... »

                                                        Citadelle


🎵

niedziela, 12 kwietnia 2026

Korona Katedr 2026. Zapowiedź pierwsza.

Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej, jednak dziś jest niedziela Quasimodo! A zatem mamy dziś… jakby „święto" patronalne bloga!

Nie, to nie żart! W katolickiej liturgii szereg kolejnych niedziel okresu wielkanocnego posiada swoją własną, zaczerpniętą od słów rozpoczynającego liturgię introitu, nazwę. Dzisiejsza, to Quasimodogeniti, w skrócie - Quasimodo.

Pisze św. Piotr w swoim liście: jak nowo narodzone niemowlęta (quasi modo geniti infantes) pragnijcie duchowego, niesfałszowanego mleka, abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu - jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan… (1 P 2,2).

Tak więc, jeśli komuś zdawało się (być może i ja sam dałem ku temu powód), że spotykamy się tu pod szyldem, któremu patronuje bohater literackiej fikcji, słabej i pretensjonalnej powieści, to... nie. Nie…!

- Chcąc jednak oddać sprawiedliwość Autorowi powieści, wyznam, że i chłopiec, choć wówczas jeszcze nie na rowerze, cierpiał i współczuł z uwięzionym w paryskiej Notre Dame podrzutkiem, Quasimodo. Skąd jego imię? Bo znaleziony został na katedralnym dziedzińcu w pierwszą niedzielę po Wielkanocy…

My jednak, wolni od fatalnej fabuły świętujemy dzisiejszy dzień nie jako podrzutkowie, a wręcz przeciwnie - przyjęci za synów. Nie niewolnicy, a wolni! Nie zamknięci gdzieś na poddaszu, a wyprowadzeni na wolność. Niby żywe kamienie, jesteśmy budowani jako duchowa świątynia (1 P 2,5).


No, a gdzie zapowiedź? Będzie krótko, lakonicznie, bo jeszcze kilka tygodni, kilka świątecznych niedziel przed nami, zanim z berlińskiego dworca (10 czerwca) nocny pociąg wyruszy do Fryburga, nad rzekę Ren, tuż pod samą granicę z Francją. Kształt trasy jest wciąż zaledwie szkicem, większość detali kryje się za śnieżnym masywem Alp, a wiele decyzji zapadnie już na żywo, może na podjeździe do La Salet. Albo w Arles? Na pewno w Nimes, skąd dalsza droga poprowadzi już na północny zachód, do Bretanii... 

Jadę bez biletu powrotnego, jadę na czas nieokreślony. Dosyć ścigania się z czasem, z rozkładem jazdy. To będzie pierwsza taka wyprawa. I Bóg tylko wie, czy nie ostatnia. Czasu nie zatrzymasz. A dowiadujesz się o tym i rozumiesz, kiedy odchodzą, jedna po drugiej, najdroższe Ci Osoby…


Korona Katedr, kamienna koda…

Pojadę w imieniu tych, co zostaną w domu, więc jeśli macie jakieś miejsca, do których chcielibyście pojechać, dajcie znać.


Na dziś to tyle.

Błogosławionej niedzieli wszystkim, którzy tu zaglądacie.

Niedzieli Quasimodo...

Świeci Słońce. Słońce, które nie zna zachodu. Bieleją szaty…


🎵