Rouen

Rouen

niedziela, 12 kwietnia 2026

Korona Katedr 2026. Zapowiedź pierwsza.

Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej, jednak dziś jest niedziela Quasimodo! A zatem mamy dziś… jakby „święto" patronalne bloga!

Nie, to nie żart! W katolickiej liturgii szereg kolejnych niedziel okresu wielkanocnego posiada swoją własną, zaczerpniętą od słów rozpoczynającego liturgię introitu, nazwę. Dzisiejsza, to Quasimodogeniti, w skrócie - Quasimodo.

Pisze św. Piotr w swoim liście: jak nowo narodzone niemowlęta (quasi modo geniti infantes) pragnijcie duchowego, niesfałszowanego mleka, abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu - jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan… (1 P 2,2).

Tak więc, jeśli komuś zdawało się (być może i ja sam dałem ku temu powód), że spotykamy się tu pod szyldem, któremu patronuje bohater literackiej fikcji, słabej i pretensjonalnej powieści, to... nie. Nie…!

- Chcąc jednak oddać sprawiedliwość Autorowi powieści, wyznam, że i chłopiec, choć wówczas jeszcze nie na rowerze, cierpiał i współczuł z uwięzionym w paryskiej Notre Dame podrzutkiem, Quasimodo. Skąd jego imię? Bo znaleziony został na katedralnym dziedzińcu w pierwszą niedzielę po Wielkanocy…

My jednak, wolni od fatalnej fabuły świętujemy dzisiejszy dzień nie jako podrzutkowie, a wręcz przeciwnie - przyjęci za synów. Nie niewolnicy, a wolni! Nie zamknięci gdzieś na poddaszu, a wyprowadzeni na wolność. Niby żywe kamienie, jesteśmy budowani jako duchowa świątynia (1 P 2,5).


No, a gdzie zapowiedź? Będzie krótko, lakonicznie, bo jeszcze kilka tygodni, kilka świątecznych niedziel przed nami, zanim z berlińskiego dworca (10 czerwca) nocny pociąg wyruszy do Fryburga, nad rzekę Ren, tuż pod samą granicę z Francją. Kształt trasy jest wciąż zaledwie szkicem, większość detali kryje się za śnieżnym masywem Alp, a wiele decyzji zapadnie już na żywo, może na podjeździe do La Salet. Albo w Arles? Na pewno w Nimes, skąd dalsza droga poprowadzi już na północny zachód, do Bretanii... 

Jadę bez biletu powrotnego, jadę na czas nieokreślony. Dosyć ścigania się z czasem, z rozkładem jazdy. To będzie pierwsza taka wyprawa. I Bóg tylko wie, czy nie ostatnia. Czasu nie zatrzymasz. A dowiadujesz się o tym i rozumiesz, kiedy odchodzą, jedna po drugiej, najdroższe Ci Osoby…


Korona Katedr, kamienna koda…

Pojadę w imieniu tych, co zostaną w domu, więc jeśli macie jakieś miejsca, do których chcielibyście pojechać, dajcie znać.


Na dziś to tyle.

Błogosławionej niedzieli wszystkim, którzy tu zaglądacie.

Niedzieli Quasimodo...

Świeci Słońce. Słońce, które nie zna zachodu. Bieleją szaty…


🎵

środa, 24 grudnia 2025

A SŁOWO CIAŁEM SIĘ STAŁO...

... I ZAMIESZKAŁO MIĘDZY NAMI...


Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa.

On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich w Chrystusie.

W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem.

Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa,

według postanowienia swojej woli,

Ku chwale majestatu swej łaski, którą nas obdarzył w Umiłowanym.

W Nim odkupienie mamy przez krew Jego, odpuszczenie grzechów według bogactwa Jego łaski.

Szczodrze ją na nas wylał w postaci wszelkiej mądrości i zrozumienia,

Przez to, że nam oznajmił tajemnicę swej woli,

według swojego postanowienia, które przedtem w Nim powziął dla dokonania pełni czasów,

Aby wszystko zjednoczyć na nowo w Chrystusie jako Głowie:

to, co jest w niebiosach, i to, co jest na ziemi.  (Ef 1, 3-10.)


Spotkałem w drodze...


Sebastiano Mainardi. Dziewica adorująca Dzieciątko Jezus i Święty Jan Chrzciciel. II poł. XV w.

Musée Antoine Lécuyer de Saint-Quentin.

Saint-Quentin, 2024.



Pseudo Pier Francesco Fiorentino. Madonna adorująca Dzieciątko Jezus w obecności Świętego Jana Chrzciciela i Aniołów. II p. XV w.

Musée des Beaux-Arts de Narbonne.
Narbonne, 2023.


Benozzo Gozzoli, Narodziny Jezusa (1450-52). Fragment retabulum ołtarza Predella della Madonna della Cintola.

Musei Vaticani, Pinacoteca.

Rzym, 2023. 

środa, 17 grudnia 2025

I o tym jest ta mapa....

Droga, a na niej kościoły. Małe i duże, te które mnie przyjęły i te zamknięte; które pojawiały się na ścieżce niepodziewanie i te, do których jechałem - widoczne już z daleka. Katedry i bazyliki - sens kamienia i ceremoniał kamienia…

Dalej, opactwa i klasztory. Te zamienione w muzea (Royaumont, Silvacane, Thoronet)) i te, w których wciąż jeszcze rozbrzmiewa gregoriański chorał (Solesmes); te opuszczone (Saint-Mathieu de Fine-Terre, widoczne z pokładu promu, kiedy płyniemy na Wyspę) i te z podtrzymującymi już tylko niebo kolumnami z potrzaskanymi kapitelami (Hombye, Ourscamp, Jumièges…)


Drogi i bezdroża; te na które nie powinienem wjeżdżać (N10 zaraz za Angoulême, gdzie zdejmuje mnie patrol) i leśne dukty; jary najeżone ostrymi kamieniami, szutry i asfalty. Drogi gubienie i jej znajdowanie, niekiedy po omacku w środku nocy (na kemping w Clermont-Ferrand, w Anseremme k. Dinant).

Kilometry...

Lokalne szlaki pielgrzymkowe (Tro Breizh) i te turystyczne (Canal du Midi), noclegi w lasach lub na poboczach, na parkowych ławkach, pod wiatą, na plaży w Etretat, na klifie (Berneval-le-Grand), z widokiem na gwiaździste niebo, a gdy padało - w namiocie… Bywało, jak w Saint-Benoît-Sur-Loire, że i w łożku…


Cmentarze miejskie i wiejskie, i te z pól bitewnych (Tincourt-Boucly czy Anloy, gdzie na wspólnej przestrzeni pochowano żołnierzy z obu stron frontu); miasta, w których się gubiłem i miasteczka tak cudnej urody (Verteuil-Sur-Charente), że myślałem, iż to sen na jawie, tzn. na rowerze...

Dworce; te wielkie, wielopoziomowe z kilometrowymi ciągami peronów (Gare Montparnasse, Gare de L’est w Paryżu) i te małe (Bar-sur-Aube, Carignan, Sermizelles-Vézelay, Abancourt) na których tylko ja...

Odkrycia i rozczarowania, miejsca malownicze i piękne, ale i takie, z których chciałem uciekać…


A to jeszcze nie koniec, to jeszcze nie wszystko. Bo są i Przyjaźnie. Zawiązane jakby przypadkiem, ale pod wspólnym mianownikiem. Nieśmiałe... a każda z nich (bo są dwie) waży tyle, co cały ogród (róż). A obie są mi jak kotwica rzucona w ocean czasu…


Po co tam pojechałem, czego szukałem? Na co cały ten trud, niedospane noce, tysiące (ponad 10) przejechanych kilometrów? 


Jakby ci ukazać, czego szukam? Nie chodzi o żaden przedmiot przemawiający do zmysłów, ale o taki, który przemawia do ducha. Nie oczekuj, abym podawał racje, dlaczego narzucam taki, a nie inny ceremoniał. […] Tu język zawodzi. Widziałem, jak ślepe gąsienice pełzną ku światłu albo wędrują w górę drzewa. Jako człowiek, obserwując je, określisz, ku czemu dążą. Orzekasz, że to „światło" albo „wierzchołek drzewa". Ale one tego nie wiedzą. Podobnie i ty: kiedy otrzymujesz coś z mojej katedry, mojego roku świętego, oblicza czy ziemi ojczystej — otrzymujesz prawdę; i mało ważne są twoje słowa, nieważkie jak wiatr i odpowiednie tylko w sferze przedmiotów. Jesteś gąsienicą. Nie pojmujesz, czego szukasz.

Jeżeli więc za sprawą katedry, roku świętego i królestwa staniesz się uświęcony, piękniejszy i umocniony niewidzialnym pokarmem, powiem sobie: „Oto piękna katedra zbudowana dla ludzi. I piękny rok święty. Piękne królestwo". Nawet gdybym nie umiał znaleźć przyczyny tego piękna.

Podobnie jak gąsienica znalazłem coś, co było mnie przeznaczone. Albo jak ślepiec, który w zimie szuka bliskości ognia wrażliwymi dłońmi. I znajduje. Odstawia wtedy kij i skrzyżowawszy nogi siada. Choć nie wie nic o ogniu w tym sensie, w jakim wiesz ty, widząc ogień. On znalazł prawdę swojego ciała, bo zauważ — będzie siedział dalej, tu, przy ogniu.

Antoine de Saint-Exupéry. Twierdza.


Z początku nieśmiała i naiwna w realizacji pierwsza i druga wyprawa (2012 i 2013), już w roku kolejnym przybiera kształt większy i staje się projektem i zadaniem na kolejne lata: powstaje plan odwiedzenia wszystkich gotyckich katedr…


Na tej drodze (ja, gąsienica) i przy tym ogniu (ja, ślepiec) zostawiłem cząstkę siebie. I Twoje imię. I wiem, że się teraz uśmiechasz. I to mi wystarczy. I ta cisza...



Ps. Zdarzenia, o których tu nie napiszę, zatrzymały mnie w tym roku w domu. Nie byłem nawet na Wyspie…


🎶


… i nie łudźcie się, szala przechyli się na korzyść rzeczy minionych: tak bowiem Bóg ukształtował serce człowiecze…

François-René de Chateaubriand. Geniusz chrześcijaństwa.

środa, 3 grudnia 2025

Akwizgran - Warszawa. Pociąg do katedry, rower do pociągu...

Noc z 13 na 14 lipca i dzień…


Akwizgran, zakupy w dworcowym sklepie na drogę do Berlina: niemiecka buła, browar do popicia niemieckiej buły, plus woda. Też niemiecka.

22:51- pociąg do Kolonii.


23:44 - Kolonia. Na chwilę wyjdę przed budynek dworca. Pod głośną muzykę, krzyki i nawoływania na schodach między budynkiem dworca a murem katedry pozują do zdjęć zmówione grupy przyjezdnych. Dzikie śpiewy, alko, pełno policyjnych patroli. Strasznie tu…

Przede mną katedra. Przysadzista fasada, oparta na dwóch monumentalnych wieżach. Moja pierwsza katedra i pierwsza lekcja Architektury na żywo (1981). Na wizytę w Ogrodzie pełnym róż - oczarowanie katedrami Île-de-France musiałem czekać jeszcze ćwierć wieku...



0:30 - ekspres do Magdeburga. W pociągu robię wszystko, żeby nie zasnąć, nie przespać kolejnej przesiadki. Wyciągam komputer, ściągam dane z nawigacji, liczę kilometry. Jestem pod wrażeniem…

- Bilet poproszę, wyrywa mnie z półsnu głos konduktora. Sprawdzam, czy nie przespałem stacji. Nie. Mimo, że rower stoi w osobnym przedziale i nikomu nie wadzi, muszę powiesić go na wieszaku. Przepisy bezpieczeństwa…


5:54 - Magdeburg. Idę zwiedzać dworzec, napić się czegoś gorącego i energetycznego. Zamawiam podwójną gorącą czekoladę. Obok głośna grupa chłopaków z angielskiego miasta Manchester. A więc to Anglia zagra w finale!


6:12 - pociąg do Berlina. Bez przygód, zaśnięć i planowo.


7:57 - Berlin, Hautbahnhof. Już od wczesnych godzin porannych słychać wszędzie atmosferę piłkarskiego „święta”. Dworcowa kawa w rozmiarze XL plus buła. Jest pogodnie, prowadzę się na otwarty taras. Po tarasie biega agresywny świr i przewraca stoły. Nikt nie reaguje, - jesteśmy tu tylko dwaj… Niech tylko spróbuje zbliżyć się do roweru…!


10 - Instytut Św. Filipa Neri i łacińska Msza.


12:30 - wracam na dworzec. Na peronie nikogo z rowerem poza mną. Mam złe przeczucia.


12:40 - skanuję wzrokiem wtaczające się na peron wagony. Wypatruję tego jednego. Nie ma! Biegnę do pierwszego za lokomotywą. Wsiadam. Skręcam kierownicę, bagaż do przedziału.


12:45 - do drzwi (ach, czemu ich nie zamknąłem!?) podchodzi konduktor. Pyta, dlaczego tu i czy mam bilet na rower.

- Nie mam, - odpowiadam i próbuję tłumaczyć, że...

- Aussteigen! Pociąg nie odjedzie, póki pan nie wysiądzie, - mówi rozkazującym tonem konduktor. Nie mam argumentów, a propozycja dokupienia biletu nie wchodzi w grę.

- Pociąg nie posiada wagonu do przewozu rowerów. Aussteigen!

Nie wiedząc, kto wprowadził mnie w błąd, wściekły na aplikację, na Intercity i w końcu też na siebie, wracam na peron.

Któryż to już raz! przewoźnik nie dołącza deklarowanego w rozkładzie jazdy wagonu?


13:25 - wsiadam do pociągu DB Regio. Pociąg zawiezie mnie do Frankfurtu (nad Odrą). Z Frankfurtu podjadę do Rzepina i tam spróbuję złapać kolejne połączenie dalej, do Stolicy.


14:31 - Frankfurt. Nie muszę jechać do Rzepina! Na peronie - para polskich konduktorów. Obiecują mnie zabrać.

- W składzie nie ma wagonu na rower, ale proszę wsiąść do ostatnich drzwi, ale tak, żeby nie blokować toalety, - dodają… Są tak uprzejmi, że nawet honorują bilet na wcześniejsze połączenie!

- Rower w pociągu musi być umieszczony na wieszaku, a ja przestrzegam tylko przepisów, - zeznałby niemiecki konduktor przed „Komisją do spraw bezdusznego traktowania poszkodowanych przez system rezerwacji Intercity”. Gdyby taka istniała…


14:50 - Pociąg rusza. Rower i ja stoimy, dzieląc ten sam kawałek podłogi. Resztę wolnej przestrzeni zajmie bagaż, - mój i mojego towarzysza, który dosiądzie się w Kunowicach i czuwać będzie nad moją przytomnością. Słuchając jego fantastycznych, choć chwilami odnoszę wrażenie, że tu i tam - zmyślonych opowieści, spoglądam przez okno, ponad ramę i patrzę na ślad, jaki zostawia rozpędzony pociąg...

Rzepin, Kunowice, Poznań, Kutno. I dalej, dalej, dalej…


Jest 14 lipca, godzina 20. Pociąg wjeżdża na dworzec Warszawa-Gdańska. Koniec trasy. Za chwilę w Berlinie Hiszpania pokona w finale Anglię, na ulicach Paryża, Amiens i Marsylii zapłoną auta, a ja po raz pierwszy od 40 dni zasnę w swoim łóżku…

I myślę o tym, że wszystko to trzeba będzie teraz opisać…


I jeszcze kropka nad „i"...

🎵

sobota, 29 listopada 2025

Neufchâteau - Akwizgran...

13 lipca, sobota, 5. rano.

Spodziewałem się, że po wczorajszej wspinaczce noc przyniesie upragniony sen, a tym czasem… mieliśmy tu mało udatną próbę zaśnięcia pod głośną muzykę, czuwanie raczej. Namiot - dziś po raz ostatni w użyciu...

Sen, pożywny sen, który opuścił mnie od czasu wyjazdu z Coutances, musi poczekać. Przede mną 160 km forsownej jazdy na czas, którego zapas będzie topniał z każdą godziną...

Wyzwania...

Lubię…

Lubię każdy kilometr tej trasy, jej pochyłości, zakręty, dziury w asfalcie, pobocza lub ich brak - chwile szczęścia i emocje, którym co raz daję upust, nie żałując przy tym nóg i gardła.


Więc pobudka. Ostatni Gorący kubek i o 6:30 jestem już na asfalcie. Po serii długich podjazdów, na 30. kilometrze - długo wypatrywany sklep i postój. Drugie śniadanie, półgodzinna przerwa. Chez Coluche - zaopatruje się tu chyba połowa mieszkańców pomiędzy Neufchâteau i Bastogne.

W Bastogne wjeżdżam na ścieżkę - RAVeL L163. Zielony szlak pobiegnie w cieniu dawnej linii kolejowej Libramont - Gouvy. 24 kilometry ocienionej drzewami ścieżki. Przyjemny chłód...

W Hautbellain ścieżka marzeń się kończy: Ourth, Aldringen, Maldingen, Braunlauf, Crombach, Neundorf... Asfalt to wypiętrza się, to znowu ugina, droga skręca w prawo, a już za chwilę w lewo i znowu w prawo, i tak aż do samego Sankt Vith. To prawdziwy rower-coaster! Mimo to udaje mi się utrzymać całkiem przyzwoitą średnią (10 km/h). Wraca spokój. Kryzys z Hautbellain, gdzie napotkałem zaporę i zmuszony byłem szukać objazdu, zażegnany...


Sankt Vith, 15:15. Kawa i ciastko. Tak fetuję ostatnie kilometry ekstremalnych podjazdów. Upłynie godzina z kwadransem, nim w głowie zapali się czerwona lampka: jest 16:30, czas ruszać!

W Sankt Vith bierze początek kolejna dziś zielona ścieżka. RAVeL L48 - znowu lasy, strome zbocza, kamienne estakady. Wokół pola, na których pasą się owce i bydło wszelakie. Pierwsze 60 kilometrów przejadę w 3 godziny! Średnia prędkość przejazdu (ach, te nieznośne i psujące statystykę przerwy!) rośnie do 15 km/h. Kiedy docisnę pedał, licznik pokaże 30, a miejscami i więcej…


19:30. Jestem w Monschau, gdzie kończy się biegnący od Sourbrodt tor dawnej kolei - dziś atrakcja turystyczna, obiekt rekreacyjny. Za chwilę wjadę na ścieżkę wzdłuż drogi dojazdowej do Akwizgranu. I to będzie prawdziwa jazda „bez trzymanki”. Chwilami jadę z prędkością 48 km/h!

O 21 jestem już na przedmieściu, a kwadrans później - na dworcu; godzinę przed odjazdem pociągu. Zdążyłem!


Dziwisz się może, dlaczego tyle tu liczb i niewiele mówiących nazw? Kończą mi się słowa. Nie potrafię inaczej opowiedzieć radości. Nawet nie czuję zmęczenia...

Za chwilę nadjedzie pociąg, który zawiezie mnie do miasta, gdzie katedra inna, niż które widziałem; o fasadzie monumentalnej, przysadzistej, wręcz przytłaczającej, z ducha niemieckiego zrodzonej...

Wiesz już, dokąd jadę…?