Rouen

Rouen

sobota, 12 września 2026

6 sierpnia. Między Senlis a Soissons…

… jest co? 65 kilometrów (jak się okaże - nie tylko asfaltu) i Longpont, - mała wioska na skraju lasu Retz, 16 km od Soissons. Na placu wioski - najsmutniejszy chyba widok na tegorocznej trasie - ruiny Abbaye de Notre Dame, - kościoła i klasztoru założonego jeszcze przez św. Bernarda w 1131 roku, a zniszczonego przez „siły postępu” pamiętnego roku 1789. Tam zanocuję. Ale teraz w drogę! Jest 16:30 - jadę!



Szerokie, jak pas startowy pobocze departamentowej D 1324 ciągnie się przez 20 km! To jakiś rekord „rozbiegu”. Tuż za Vauciennes droga połączy się z N 2. Koniec luksusów. Jeśli do tej pory nie zdążyłeś oderwać się od ziemi (ja nie zdążyłem) zostaniesz zesłany na polne ścieżki i czeka Cię naprawdę ciężka przeprawa, bo droga tu pełna dziur i ostrych kawałków rozsypanego tłucznia. Więc jadę ostrożnie, znaczy się - powoli. Jak pijany bujam się od prawej do lewej, rzucając tęskne spojrzenia w stronę biegnącej opodal „krajowej” dwójki.

- Nawet o tym nie myśl, - myślę i jadę dalej. Ale tamta - kiedy zdaje się, że rozstaliśmy się na dobre - najpierw ginie za szpalerem drzew, by za chwilę znowu wybłysnąć. I kusi, i mami…

Celebruj to, czego chcesz być godny - więc celebruję: pogodę, mijane uprawy (nie pamiętam już czego), schodzące coraz niżej słońce, polną drogę…


Na 55. kilometrze - Villers-Cotterêts i zamek króla Franciszka I. To on siedzibę pamiętającą jeszcze czasy Merowingów przeobraził w piękny, renesansowy zamek. I to spod jego ręki wyjdzie edykt (1539) ustanawiający francuski językiem administracji i prawnych regulacji. Tu, w podniesionym ze zniszczeń, otoczonym wysokim ogrodzeniem i złą sławą towarzyszących odbudowie - a jakże! - finansowych afer, mieści się dziś Cité Internationale de la Langue Française - Międzynarodowe Centrum Języka Francuskiego. W punkt.


Przed pałacem, od jego północnej strony, - park. Park? Park jest piękny i rozległy, że okiem nie zmierzysz. Może ugości mnie noclegiem? - myślę. Waham się, kalkuluję. Jeszcze przez godzinę mam dzienne światło. Nie. Pojadę dalej.

Więc jadę!


Tuż za miastem droga ponownie zamieni się w „polną”. Wjeżdżam w las. Ach! Jak nieprzewidywalna jest dziś droga! Ktoś, i napewno nie był to Franciszek, ani żaden z później panujących, kazał położyć tu cegłę. Ale nie tak, jak buduje się drogę, - równo, cegła przy cegle. Pod górkę jeszcze podjadę, na zjazdach muszę zejść z roweru, bo kierownica bije po nadgarstkach. Słońce już dawno zaszło za drzewa, robi się mało pięknie. Coś biega między drzewami. Myśliwym tu jestem, czy zwierzyną…? Łowcą się stanę, czy ofiarą?

Longpont i ruiny Notre Dame. Dotrę tu już w całkowitych ciemnościach. Ale to dobrze, bo kto spojrzy w okaleczone przez barbarzyńców oko rozety i nie zadrży? Jak spacerować po ogrodzie klasztornego dziedzińca, spoglądać na połamane żebra nawy i nie zapłakać?

Zaiste, miejsce to budzi trwogę, lecz nie nabożną. Boli, kiedy masz w sobie choćby odrobinę wrażliwości.


Dziś ruiny kościoła i odrestaurowane z wojennych zniszczeń dawne, klasztorne zabudowania, to własność prywatna. Atrakcja turystyczna. Jeśli chcesz, możesz tu zorganizować konferencję, przyjąć gości, wziąć ślub, wyprawić wesele - Zaprasza strona abbayedelongpont.fr!

Jak tylko się obudzę, przywrócę tu dawne porządki. Odwołam na chwilę edykt Franciszka. Znowu popłynie łacina. Czterolinią. - Salve Regina…


Nim wybiją dzwony na (pierwsze) Anioł Pański, pozbieram myśli i rzeczy. Tych drugich jest niewiele, więc o 7 jestem gotowy do (pierwszej) kawy. Hotelowa restauracja już czynna! 7:45 - jestem w drodze.

Zabieram ze sobą ciekawą znajomość. Petrus Cantor (Piotr Kantor), teolog z końca XII wieku, pochowany tu właśnie w Longpont. Jeszcze do niego wrócimy... 

A teraz do Soissons jedziemy. Allez !


wtorek, 8 września 2026

Notre Dame de Senlis i „Szkice piórkiem"...

Po powrocie do domu powracam do lektury „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego. (Czy tą książkę w ogóle da się dokończyć?) Zaczynam od miejsca, gdzie zakładka. Czy tam się zatrzymałem, kiedy ostatni raz miałem książkę w ręku? Nie wiem. Jednak w przypadku eseju Bobkowskiego nie ma to większego znaczenia, bo książkę czyta się, jak Citadel Exuperego - możesz ją otworzyć w dowolnym miejscu, „na chybił trafił”, by za chwilę wrócić do rozdziałów wcześniejszych lub pójść dalej...

Lecz cóż to za uczucie, kiedy przerwana wcześniej lektura (albo tylko zakładka) odsyła do katedry i miasta, skąd właśnie wracam, i o której tych kilka akapitów i zdjęć!?

- Senlis!

   

Dochodzimy do placu przed katedrą. Śliczna, stara gotycka katedra - zresztą znana i zwiedzana. Jak cały gotyk francuski, tak i ta katedra pomimo całej swojej powagi, leciwości i masy jest jakaś lekka, żywa, wtopiona w całość miasteczka - jedna z wielu, bez pretensji. Nie otacza jej żadna specjalna cześć, nikt nie wmawia, że to jest „weltberühmt", nikt nie rozparcelowuje jej na kawałki, wnikając w jakieś pojedyncze kamienie; można z nią rozmawiać, jak ze spotkanym przed chwilą śmieciarzem, po swojemu.

We Francji jest tyle katedr, tyle zabytków, tyle starych mebli i starych domów, wśród których płynie życie, że nawet zabytki są rzeczą najzwyczajniejszą. Wchodzą w program codzienności. Należąc do wszystkich, tym łatwiej uważać je można za „moje ulubione" i doszukiwać się w nich uroku, którego nikt nie każe znajdować; łatwiej wejść z nimi w intymny kontakt. I nikt nie zapała świętym oburzeniem, jeżeli spodoba mi się na przykład twierdzić, że Notre-Dame, to kicz średniowieczny i że chimery są niczym w porównaniu z zielonymi końmi Picassa.


Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem. Warszawa 2014.













niedziela, 6 września 2026

5-6 sierpnia. Beauvais - Camping De La Sapinière - Senlis...

Z Beauvais wyruszam o 14:30, a dokładnie godzinę później, bo po drodze wstąpię jeszcze na dworzec z nadzieją, że podłączę się do gniazdek. Niestety, i tu i na wielu innych dworcach trwa spisek wymierzony w takich, jak ja. Stoliki w hallu poczekalni są wprawdzie wyposażone w gniazda, ale niestety, pas marche. Jadę dalej. Pogoda rozpieszcza, droga też. Przede mną niewiele, bo 50 km asfaltu. Liczę, że za góra 3 godziny będę na noclegu, więc pozwalam sobie na dwa dłuższe postoje. I to był błąd, który okupię nerwową końcówką. Na wjeździe do Creil próbuję zdobyć most nad rzeką Oise. Niestety, podjazd ze ścieżki zbyt stromy i ginie w zaroślach. Muszę zawrócić i poszukać objazdu. Na ostatnich metrach przed kempingiem, kiedy duch i dusza, i ciało resztką sił krzyczą „To już tu!”… mijam wjazd i pnę się wyżej, i wyżej. Słońce już zgasło… a kemping - ach!, widzę go z góry - gdzieś na dole. 

Zawracam. Tracę z takim trudem zdobytą wysokość. Szukam wjazdu. Jest! Ukryty gdzieś na uboczu, pośród drzew i zapadających już powoli ciemności.

Na szczęście wyrozumiały Gospodarz przyjmie mnie i ugości…


Dziś kemping był już nie opcją, ale koniecznością. Padła już bateria „centrum zarządzania”, kończą się baterie w nawigacji, a tu trzeba planować jutrzejszą trasę! No i pranie, i kąpiel też nie mogę już dłużej czekać. 

Formalności w biurze, rozkładam namiot, dokuję baterie. Stacja jest w zasięgu wzroku, więc jest bezpiecznie. Prysznic. Ledwie ustoję, ale jeszcze pranie. Jak nie spadnie deszcz, jutro rano będzie suche.


Zapamiętam ten dzień i lekcję. I mijane tego wieczoru na ulicach Creil twarze. Śniade, rzucające w moją stronę ciekawskie i budzące niepokój spojrzenia. Postaci jakże inne od tych, które miesiąc wcześniej mijałem na postojach w górskich wioskach, co z szeroko otwartymi oczami, pełni podziwu i niedowierzania pytali:

- Pas batterie, pas electrique?!

- Pas, - odpowiadałem, unosząc lekko brwi i z wdziękiem przekrzywiając w prawo głowę.

- Chapeau, chapeau…

6 sierpnia. Poranek i droga do Senlis.

Wstaję wcześnie, o 6. Prysznic i prania ciąg dalszy. Wyschnie na rowerze. Śniadanie. Nad głową jeden po drugim suną samoloty. Lecą na Beauvais-Tillé.



Droga z kempingu do Senlis, to chwile, kiedy znowu zaczynam tęsknić za porządnym asfaltem. Choćby i bez pobocza. Droga szybko zamienia się w polną, później kamienistą, na koniec - leśną. Trochę kluczę. Na koniec zejdę z roweru, bo koła zakopują się w piasku.

Z kempingu do Senlis było ledwie 12 km. Pojadę… 2 godziny…!


Wyjeżdżam z lasu. Wieże katedry widać już z daleka.

Senlis. Piękne. Wszystkie ulice w bruku. Przypnę rower do ogrodzenia pod Office du Tourisme i jak goniec po planszy biegam, szukając miejsca, z którego obejmę wzrokiem (obiektywem) Królową.

Ale na sesję zdjęciową jeszcze przyjdzie czas. Najpierw obiad. W wąskiej uliczce odchodzącej od zastawionego ogródkami placu - plac nareszcie ma imię, a nie tylko nazwę, wiatr raz po raz szarpie parasolami i zrzuca ze stolików karty, serwetniki. Lecą sztućce. Brzęk tłuczonego szkła - tym razem - kieliszek. Siadam. Zamawiam. Czekam długo, w końcu jest: naleśnik i pinta piwa. Na koniec deser - lody z kremem Chantilly. Kiedy przyjdzie do płacenia, mało ogarnięty personel długo się naradza i coś tam przelicza. Coś ten rachunek wysoki, - myślę i sprawdzam z kartą. Panowie zdają się być niepocieszeni. I nawet - pardon nie padnie. I myślę sobie - kolejne „ubogacenie kulturowe”, potwierdzone.

Zdarza się…




Tymczasem ja, goniec Królowej, wracam na „planszę” czyli na plac, nad którym wiatr przegania chmury. Te pędzą z prędkością pendolino. Ledwie zdążę się ustawić, - słońce ginie za ich zasłoną…

Przede mną - Notre Dame de Senlis, Królowa w złocie z Ofiru (stoi po twojej prawicy)

Zaprasza do swoich komnat…











poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Jackie, Nico i park4night...

(Od tygodnia czeka na mnie Makbet z podobno świetną rolą Jona Finch’a. Ale nie. Nie dziś. Dziś jeszcze nieopisane wcześniej spotkanie).


Wydarzyło się na ścieżce pomiędzy Vernon a Gisors, na 23 km drogi.

Mijam go na rozstaju. Zatrzymał się na uboczu i wpatruje w ekran smartfona. Za chwilę mnie dogoni i zapyta, czy może dołączyć.

- Proszę bardzo - odpowiadam nieco zaskoczony. To pierwsza taka sytuacja, a kolejna z rodzaju tych, co pokażą mi, jak słabo jestem przygotowany językowo. No, ale na szczęście rozmowa szybko przechodzi na język Szekspira.


Jedziemy. Nico jedzie na spotkanie z kolegami. Nie pamiętam już, dokąd, ale to jeszcze daleko. Rama wygląda na nową, ale to pozory. Rower ma już 10 lat i po prostu jest zadbany. Na kierownicy śpiwór, nad tylnym kołem coś do spania (pewnie bivy-bag - nie dopytałem), pod ramą - reszta ekwipunku. Niewielki pecak z prowiantem. W piaście przedniego koła - turbina która ładuje telefon (tej nikt mu nie zawinie, jak mi wczoraj powerbanki).


Jedziemy i opowiadamy sobie o sobie, wymieniamy doświadczenia. Nico jest 4 lata starszy, niż... rama mojego roweru. Mieszka w Arras, a jego dziadkowie moją polskie korzenie. Może to stąd wzięło się nasze spotkanie? Jackie, mój rówieśnik i przyjaciel restauratorów, gdzie wczoraj się stołowałem, a który w Vernon oddał mi nieocenioną przysługę, też ma przodków z Polski. Jeszcze jeden „polski dzień” na trasie…


A ja, całkiem nieoczekiwanie mam okazję dowiedzieć się, jak radzi sobie bike-packer bez sakw, namiotu, torby na kierownicy, baterii czy laptopa. Otóż całkiem prosto. Nocleg? Tam, gdzie wskaże aplikacja (park4night). Najczęściej są to postoje w rodzaju aire de picnic, albo Air-Camping lub jak ja - biker wybiera miejsca nieoczywiste, gdzie nikt wcześniej. Toaleta? Pod kranem, na cmentarzu. Tam też zrobi przepierkę, nabierze wody, jeśli jest potable. (A kiedy jest głodny, chyba nie otwiera grobów - myślę najciszej, jak się da, bo dowcip, dość makabryczny, mógłby się nie udać...)

Bike-packer nie lubi kempingów. Unika ich. Traktuje jak zło konieczne, dopust.


Po 2 i pół godzinach, tuż przed wjazdem do Gisors, nasze drogi się rozjadą. Zdjęcie. Wymieniamy numery telefonów. Ehhh, tylko piwa nie zdążyliśmy razem wypić...

- Wpadnij, jak będziesz kiedyś w Arras…

- Arras? - to może być już w przyszłym roku…


Gisors. Niebo zaciąga się chmurami, zaczyna padać. Zakupy w Lidlu. Jadę w stronę noclegu. Z nową wiedzą, znowu sam...

(A Makbet jeszcze poczeka… Może dziś?)


poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Pod wpływem Drogi...




Jest szósta rano. Choć wcale tu zbędny, dzwoni budzik. Chłód poranka działa jak zimny prysznic i narzuca reguły, którym nie sposób się oprzeć. Obok drewnianej ławy, na której poprzedniego wieczoru rozłożyłem śpiwór ciągnie się asfaltowa ścieżka. Nie widać ani jej początku ani końca. Ktoś przejeżdża, udając, że mnie nie zauważa. Kiedy indziej śpię w namiocie. Tuż obok płynie Sekwana, a ja osłonięty kępą drzew. Kemping z prawdziwego zdarzenia, z prysznicem i ciepłą wodą też będzie, ale jeszcze nie teraz.

Może dziś wieczór...



Laon. Też szósta rano. Plac przed katedrą jest jeszcze pusty. Pierwszy przechodzeń. Echo kroków jest jak muzyka. Nim wybrzmi do końca, zapisze się w pamięć i już mnie nie opuści. Zostanie na zawsze.

- Skądkolwiek przychodzisz, pozdrawiam Cię...

A ja? Znowu jestem niewidzialny. Jak woły, co wieki temu wciągały na to wzgórze wyładowane kamieniem wozy, a teraz same dźwignięte przez budowniczych, hen wysoko, odpoczywają po swoim trudzie.

Więc jestem tu, ja, Quasimodo…


Noc spędzę w głębokich (i ciemnych nawet za dnia) ościeżach mojej katedry, w portalu południowej nawy. Sen płytki, bo w głębi placu trwały zwierzenia dwojga ludzkich istot. Ale ja bardziej niż ludzkiej, słucham mowy kamieni. W porach dłoni wciąż drobiny wapiennej skały, z którą żegnałem się wczoraj w Soissons.

- Jedź! - mówiła. - Ale bądź wierny!

Obiecałem…

A dziś jest już Ona - Notre Dame de Laon...


Gotyk. Wyłania się z czasu, w którym ustala się i broni swoich granic (i praw) rządzone przez Kapetyngów - Regnum Francorum. Wciąż jeszcze romańska bryła rośnie, ale nowa myśl i gorąca miłość już ją przekształca i wydelikaca. Róża pnie się wzwyż, karmi się światłem, staje się coraz lżejsza, koronkowa; coraz szerzej rozkłada gałązki liści. Jakby chciała wyrwać się do lotu. Wciąż jednak - mocno ukorzeniona - pozostaje na miejscu. Żebyś mógł zobaczyć.


Laon, Reims, Senlis, Soissons. Beauvais… Oto moje Ogrody. I Droga do nich. Podróż, która trwała długo. Latami...

Kamienne Róże połączone ze sobą w miłosnym uścisku.

Niebo z ziemią, materia z duchem.

Bardziej już się nie da...


wtorek, 4 sierpnia 2026

4 sierpnia. Beauvais. Katedra św. Piotra i…

Notre-Dame de la Basse-Œuvre...


Beauvais. Jestem tu po raz trzeci, dziś jednak „tylko” przejazdem. Jadę do Laon. To „po drodze”. Po drodze do ostatnich na trasie katedr Pikardii: Senlis i Soissons.


Tym wyborem porzucam drugi z wariantów drogi do Laon - wizytę w Saint-Denis. To była ważna, równorzędna opcja. Jedna i druga ważyła tyle samo. Jest ból. Rozumiesz to, prawda…?

Beauvais. 2 lata temu katedra była w okopach, obstawiona zakrywającymi kamień i okna rusztowaniami. Trwały przygotowania do obchodów 800. lecia. Dziś jestem tu, żeby zobaczyć ją w nowej, odświętnej szacie.

Popatrzmy więc…











A skąd tu Notre-Dame de la Basse-Œuvre? To pozostałość po dawnej przed-karolińskiej jeszcze świątyni. I gdyby nie zamykająca nawę nowej katedry ściana, jakby - katedra w katedrze…



Tak to wyglądało. Pierwsza, romańska (najczęściej) świątynia stawała się placem budowy dla nowej, gotyckiej. Tu, w Beauvais budowa nowej skończyła się na ramieniu transeptu. Ta maleńka „przybudówka” przy ścianie zamykającej transept, to nie schowek na narzędzia, czy hotel dla budowniczych, ale ocalały korpus Notre-Dame de la Basse-Œuvre…

Tak więc mamy w Beauvais dwie katedry: (byłą) starą i nową. I obie - w pewnym sensie - niedokończone. I obie trwają. Osobno, a jednak nierozdzielnie…