… jest co? 65 kilometrów (jak się okaże - nie tylko asfaltu) i Longpont, - mała wioska na skraju lasu Retz, 16 km od Soissons. Na placu wioski - najsmutniejszy chyba widok na tegorocznej trasie - ruiny Abbaye de Notre Dame, - kościoła i klasztoru założonego jeszcze przez św. Bernarda w 1131 roku, a zniszczonego przez „siły postępu” pamiętnego roku 1789. Tam zanocuję. Ale teraz w drogę! Jest 16:30 - jadę!
Szerokie, jak pas startowy pobocze departamentowej D 1324 ciągnie się przez 20 km! To jakiś rekord „rozbiegu”. Tuż za Vauciennes droga połączy się z N 2. Koniec luksusów. Jeśli do tej pory nie zdążyłeś oderwać się od ziemi (ja nie zdążyłem) zostaniesz zesłany na polne ścieżki i czeka Cię naprawdę ciężka przeprawa, bo droga tu pełna dziur i ostrych kawałków rozsypanego tłucznia. Więc jadę ostrożnie, znaczy się - powoli. Jak pijany bujam się od prawej do lewej, rzucając tęskne spojrzenia w stronę biegnącej opodal „krajowej” dwójki.
- Nawet o tym nie myśl, - myślę i jadę dalej. Ale tamta - kiedy zdaje się, że rozstaliśmy się na dobre - najpierw ginie za szpalerem drzew, by za chwilę znowu wybłysnąć. I kusi, i mami…
Celebruj to, czego chcesz być godny - więc celebruję: pogodę, mijane uprawy (nie pamiętam już czego), schodzące coraz niżej słońce, polną drogę…
Na 55. kilometrze - Villers-Cotterêts i zamek króla Franciszka I. To on siedzibę pamiętającą jeszcze czasy Merowingów przeobraził w piękny, renesansowy zamek. I to spod jego ręki wyjdzie edykt (1539) ustanawiający francuski językiem administracji i prawnych regulacji. Tu, w podniesionym ze zniszczeń, otoczonym wysokim ogrodzeniem i złą sławą towarzyszących odbudowie - a jakże! - finansowych afer, mieści się dziś Cité Internationale de la Langue Française - Międzynarodowe Centrum Języka Francuskiego. W punkt.
Przed pałacem, od jego północnej strony, - park. Park? Park jest piękny i rozległy, że okiem nie zmierzysz. Może ugości mnie noclegiem? - myślę. Waham się, kalkuluję. Jeszcze przez godzinę mam dzienne światło. Nie. Pojadę dalej.
Więc jadę!
Tuż za miastem droga ponownie zamieni się w „polną”. Wjeżdżam w las. Ach! Jak nieprzewidywalna jest dziś droga! Ktoś, i napewno nie był to Franciszek, ani żaden z później panujących, kazał położyć tu cegłę. Ale nie tak, jak buduje się drogę, - równo, cegła przy cegle. Pod górkę jeszcze podjadę, na zjazdach muszę zejść z roweru, bo kierownica bije po nadgarstkach. Słońce już dawno zaszło za drzewa, robi się mało pięknie. Coś biega między drzewami. Myśliwym tu jestem, czy zwierzyną…? Łowcą się stanę, czy ofiarą?
Longpont i ruiny Notre Dame. Dotrę tu już w całkowitych ciemnościach. Ale to dobrze, bo kto spojrzy w okaleczone przez barbarzyńców oko rozety i nie zadrży? Jak spacerować po ogrodzie klasztornego dziedzińca, spoglądać na połamane żebra nawy i nie zapłakać?
Zaiste, miejsce to budzi trwogę, lecz nie nabożną. Boli, kiedy masz w sobie choćby odrobinę wrażliwości.
Dziś ruiny kościoła i odrestaurowane z wojennych zniszczeń dawne, klasztorne zabudowania, to własność prywatna. Atrakcja turystyczna. Jeśli chcesz, możesz tu zorganizować konferencję, przyjąć gości, wziąć ślub, wyprawić wesele - Zaprasza strona abbayedelongpont.fr!
Jak tylko się obudzę, przywrócę tu dawne porządki. Odwołam na chwilę edykt Franciszka. Znowu popłynie łacina. Czterolinią. - Salve Regina…
Nim wybiją dzwony na (pierwsze) Anioł Pański, pozbieram myśli i rzeczy. Tych drugich jest niewiele, więc o 7 jestem gotowy do (pierwszej) kawy. Hotelowa restauracja już czynna! 7:45 - jestem w drodze.
Zabieram ze sobą ciekawą znajomość. Petrus Cantor (Piotr Kantor), teolog z końca XII wieku, pochowany tu właśnie w Longpont. Jeszcze do niego wrócimy...
A teraz do Soissons jedziemy. Allez !