Ale nie tylko ona...
Nim jednak dotarłem do katedry, odwiedziłem jeszcze św. Magdalenę. To ta sama, która bardzo umiłowała. I powód, dla którego jeszcze wczoraj chciałem znaleźć się w Besançon. Św. Magdalena, to neoklasycystyczna świątynia w stylu bazylik rzymskich.
A tam liturgia w rycie rzymskim, niezmodyfikowanym. Bo genu rytu rzymskiego nie da się zmodyfikować. Natomiast można go - czego jesteśmy świadkami - podmienić i zastąpić…
Później, wizyta w katedrze. Św. Jana. Dwa chóry, dwa prezbiteria, dwa ołtarze. Spotkałem dwie świątynie z podobnym rozwiązaniem. Jedną z nich, w Nevers, pamiętam doskonale, i tam takie rozwiązanie miało uzasadnienie historyczne, ale tu?
Niezmiennie radują oczy figury Madonny z Dzieciątkiem. Wzruszają, dają nadzieję. Płynie śpiew. Albo choćby słowa. To naturalna odpowiedź na dzieło artysty, bez której podziw będzie tylko odruchem pięknoducha…
Są tu też inne pamiątki, starsze, niż ja, starsze, niż kamień z katedry. Dom, w którym urodził się artysta-pisarz, Viktor Hugo. Musée de Temps (którego nie odwiedziłem), pozostałości po Rzymianach, ruiny dawnego teatru, brama powitalna (Portę Noire), która dziś przyjmuje zdążających do miasta nowego, świętego Jeruzalem, katedry.
Do cytadeli, z której rozciąga się widok na panoramę miasta, też nie dotarłem. Za cytadelę starczyły mi podjazd z kempingu do miasta. I to 2 razy.
Szukałem otwartych kościołów i światła, w którym można by przejrzeć miasto. Pierwszych było niewiele, raptem 3. A światło? Zobaczycie i ocenicie sami.
Jutro trasa do Dijon. 120 km ścieżki przyrodniczej. Podzieliłem ją na dwa dni. A w Dijon czekają: Musée D'art Sacré, Musée des Beaux-Arts, 2 kościoły, i, no oczywiście - katedra.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz