Podróż…
Co jest pięknego w podróżowaniu? Takim choćby, jak to? Czy będzie to osiągnięcie wcześniej zaplanowanego celu, odczuwane zmęczenie, mimo, że jedziesz z nawigacją - nieprzewidywalność drogi? Kaprysy pogody? A może spektakularny widok? Albo lot ptaka zatrzymany w kadrze, cisza dojrzewających plonów?
Czy będzie to jeszcze, jak dziś - kiedy z nieba leje się żar, myśl, że kiedy tylko przybiję do brzegu kempingu, albo, jak dziś - zagajnika, gdzie niewidziany przez nikogo postawię namiot, a potem, potem nie słysząc odgłosów kempingowego zgiełku, tłuczonych na zmywaku garów (choć to też może być piękne) napiję się chłodnego, bardzo chłodnego płynu?
Można próbować opisać towarzyszące podróży doświadczenia, począwszy od momentu planowania, wyboru kierunku, miejsca i sposobu dotarcia, ale nie da się rozłożyć na czynniki pierwsze tego, co stanowi istotę spełnionej podróży, jej piękno, geniusz, gen…
Bo przecież jest jeszcze i to, że kiedy, jak dziś, podróżuję bez kalendarza, bez terminu, nie myślę o tym, co będę robił we wtorek czy w środę, bo nie ma już wtorku ani środy, bo już przestałem liczyć dni tygodnia. Jest tylko dziś. A jutro? Jutro, to dziś, tylko że... wczoraj...
Oczywiście nie mogę się rozpędzać i w ogóle przestać patrzeć w kalendarz, bo w pewnym momencie trzeba zacząć przygotowywać niedzielę. Żeby nie spędzić jej byle gdzie…
Każda wolność ma swoje ograniczenia…
W każdym momencie musisz dokonywać wyboru.
Wolność, to przymus drogi.
Idę się napić wody z butelki. Mineralnej. Może już ostygła?



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz