Po ciężkich bojach z grawitacją jestem w Corps. Jest 17. Rozpiera mnie duma, bo rozjechałem wszystkie podjazdy. Żadnego prowadzenia się za rączki, choć pokusa była wielka. I ustałem! Jazda od zakrętu do zakrętu. Bez słów, niepotrzebnych grymasów.
Corps. Pogoda. Powietrze prześwietlone słońcem. Widoki piękne, ale zdjęcia w tak rozproszonym świetle nie wychodzą najlepiej. Nawet słabo. W oddali, trudno ocenić odległość - Mont Blanc. Bliżej już nie podjadę. Wieczór. Zanosi się na deszcz. Oby nie, bo pranie mi nie wyschnie.
Corps, miasteczko, czy raczej duża wioska? Gęsta zabudowa, uliczki wąskie, jedna główna z dwoma restauracjami. Hotel, poczta, sklep. Kupuję mydło i powidło. Na mydle zrobię pranie, powidło wypiję na kempingu. Chciałem klasycznie, na mieście (czy może dużej wiosce), przy stoliku. Ale powidła nie pija się byle gdzie...
Corps. Kemping. Ten właściwy jest 2,5 km, tzn. 250 metrów niżej. nad jeziorem Nie pojadę tam. Na moim parkują 2 karawany i jest wszystko, co potrzebne do życia. Tzn. woda.
Corps, miasteczko (choć może raczej duża wioska). Stąd otwiera się droga do La Salette. Ale to dopiero jutro. 14 km podjazdu. Dziś idę spać.
Po wczorajszej/dzisiejszej nocy jestem zmęczony. Namiot postawiłem dopiero o 2 w nocy. I nie pytajcie proszę, dlaczego. Lekcja, którą musiałem odrobić sam. W ciszy...
Corps. Raczej duża wioska z miasteczkową zabudową…





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz