28 czerwca. Niedziela (V po Zesłaniu Ducha Świętego).
Po wietrznej, zwiastującej burzę nocy - piękny, słoneczny dzień. Cisza, spokój…
Noc tragiczna. Wieje silny, porywisty wiatr. Szarpie namiotem. Idę do pomieszczenia socjalnego. Tam się położę. W środku sofa i stół do ping-ponga. Andrzeju, Kuba, Panie, Panowie, - może partyjka?
Sofa za krótka, duszno. Nie zasnę. I nagle, jak nożem uciął. Cisza, spokój. Patrzę na zegarek: 1:44. Wracam do namiotu.
Poranek. Obok namiotu, małżeństwo z Niemiec, z Keiserslautern. Częstują kawą. Gadamy chwilę. Wracają z urlopu. Ach, ci szaleni emeryci… Polecam im kilka miejsc. Nie byli jeszcze w Bretanii… Błąd…
O 14 ruszam do Gap. Tam skręcam w prawo i jadę w stronę Saint-Paul-3-Chetaux. Czas opuścić piękne góry i region Izery.
W jedynym tu sklepie robię zakupy na kolację. Sprawdzam stan bananów. - Proszę nie dotykać, karcącym tonem napomina mnie Pani. - Sama podam…
Niedziela. Wczoraj urodziny Anieli, jutro Leona. Imieniny Brata…
A ja? - Dominus illuminatio mea, et salus mea, quem timebo…?
Skoro tak, to jedziemy...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz