Dziś zaczynam od miejsca, a nie daty, - bo to mógł być każdy inny dzień tygodnia, miesiąca…
Wyspa. Odmieniana wcześnie przez tyle przypadków i czasy, dziś, 35. dnia, - jestem tu.
Po wczorajszej nocy na dworcu w Breście, w oczekiwaniu na poranną przeprawę, gdzie przysnąłem może na godzinę, - dziś śpię długo. Aż się wyśpię.
Śniadanie. Bagietka, ser i masło. W końcu - masło! Kosztuję go, jak egzotycznej przyprawy, chowam przed słońcem, jak przed złodziejem. Pierwszy raz od miesiąca…. Demi-sel. Moje ulubione.
Idę na kawę. Już nie jadę, a - idę. Niedaleko kempingu, obok kościoła, który w remoncie, więc zamknięty, i cmentarza.
Lampaul. Centrum Wyspy. Piekarnia, 3 sklepy spożywcze, butiki z pamiątkami, poczta, kilka restauracji. W jednej z nich Francja przegrała wczoraj swoją szansę na finał. Nie oglądałem. Bałem się, że nie będę potrafił ukryć emocji z wygranej Hisz-panów.
Może dziś obejrzę drugi półfinał…
Ale to dopiero wieczorem…
😀
Pogoda, jak na zdjęciu…
Pranie schnie w mig.
Namiot stoi…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz