Rouen

Rouen

niedziela, 14 lutego 2021

Pontoise. Dzień drugi, ostatni.

Czas zamknąć rozdział o katedrze, która wprawdzie nie była katedrą z urodzenia ale taką się stała w czasach nam współczesnych. A wszystko to skutkiem nowego podziału administracyjnego (1966), w którym miasto stało się stolicą nowo erygowanej diecezji, a Saint-Maclou - siedzibą biskupa. Dokąd wracamy? Nad rzekę Oise, jeden z dopływów Sekwany z prawej strony jej nurtu, do miasta Pontoise. 

19 czerwca 2018. Pontoise.


Śniadanie jem już u góry, "na mieście”. Za stół służy mi taras, który jest łącznikiem z najbliższą okolicą katedry, a którego ściany osłonią od wiatru maszynkę, na której gotuję wodę. Póki co, oglądam panoramę miasta i pobliski dworzec. Za kilka godzin odjadę stąd na Gare Montparnasse. I myślę sobie, że dobrze byłoby wypić kawę z innego, niż metalowy kubek, naczynia. Ale to może innym razem...



Chciałbym miastu podarować coś więcej niż tylko okruchy uwagi i cierpliwość w oczekiwaniu na otwarcie katedry ale nie tak, miasto, nie tak przyjmuje się gości... Rozumiem, maszyna do zrywania asfaltu ale żeby aż do świtu i to akurat obok ścieżki, gdzie rozbiłem namiot? Później na rzece pojawiły się barki. 



A jedna, to prawie zerwała mi sznurki namiotu! (Dopiero dwa lata później znajduję na mapie w pobliżu Pontoise pole kempingowe. Pozostaje jednak pytanie, czy chciałbym się tam wówczas udać, nie znając przyszłych wydarzeń?).


Wracam na wzgórze, do katedry. Zaraz przyjdzie Pan z kluczami. Zna swój fach i z pewnością pojawi się punktualnie o 9.


Katedra Saint-Maclou.

Kiedy w nie tak bardzo odległym Saint-Denis, Suger kończy przebudowę chóru bazyliki, tu, w Pontoise, architekt sprostać musiał innym, mniejszym, tak gdy idzie o rozmiar jak i przeznaczenie świątyni, wyzwaniom. 



Kiedy spojrzeć na wiszący u wejścia plan, pierwsze, poza rozmiarami bryły, to zakłócenie symetrii na osi nawy głównej. Nawa prawa, w postaci śladowej u wejścia, w miarę posuwania się ku wschodowi poszerza się i na wysokości transeptu osiąga już stosowną głębokość.

Wspomniane „rozszerzanie” się prawej nawy nie jest oczywiście jakimś budowlanym dziwactwem, to raczej próba zmierzenia się z przestrzenią, jaką świątyni użyczyła miejska zabudowa i z narzuconymi architektowi ograniczeniami.




Nawa lewa (wydaje się, jakby były dwie nawy lewe, lecz tu chodzi o tą najbardziej na zewnątrz), jest fragmentem dobudowanym najpóźniej. Zamyka ją kaplica z barokowym zespołem poświęconym Męce i Zmartwychwstaniu Chrystusa.



Odniosłem wrażenie, że różnorodność stylowa dotyczy nie tylko detali zdobień ale także głównych elementów konstrukcyjnych świątyni. Grubość muru w obejściu i wielkość przeźroczy, to zdaje się, wciąż jeszcze dziedzictwo romańskie.



Wystrój wnętrza, głowice kolumn, drewniana empora nad prezbiterium i ambony, to już wyraźne cechy baroku i jego późniejszych odmian...



Poza Panem kościelnym i ekipą remontową, która okupuje obejście chóru, w środku nie ma nikogo. Pan Kościelny zauważa moją obecność i co jakiś czas dyskretnie sprawdza moją aktualną pozycję. Kiedy znajdę się na wysokości zamykanej na klucz kaplicy, pojawia się niespodziewanie, otwiera kratę i włącza iluminację.



Kaplica Grobu i Zmartwychwstania Pańskiego.

wtorek, 9 lutego 2021

Pamięć (nie tylko wody) albo powrót do źródeł...

Błogosławię papirus i błogosławię mój rylec, one bowiem pozwoliły mi poczuć się znowu małym dzieckiem,

które płynie w smołowanej łódeczce z sitowia z prądem Rzeki, nie znając jeszcze życiowych trosk i męki, jaką niesie wiedza.

Byłem znowu małym chłopcem…


Mika Waltari - Egipcjanin Sinuhe.



Zapyta kto, a dlaczego nie odwrotnie? Przecież dziś, jak jeszcze lat temu dwa, to już nie przestrzeni czy czasu granice mi przekraczać ale pamięci!

No tak. W sumie kolejność wyrazów tytułu można zamienić ale dla sprawy będzie to bez znaczenia: zdjęcie  Conques (oczywiście nie inaczej, jak z lotu ptaka czyli drona), zakupione w przyklasztornym kiosku, jest od powrotu z tamtej trasy stałym elementem mojej małej ściany pamięci.

Tak, pamięci… Bo o pamięć tu chodzi, a w niej woda ma swój niemały udział.


Zanim jednak do mojej głowy dobiorą się specjaliści i metodą starożytnych - a więc metodą nie tak całkiem dawną, zechcą sprawdzić, co też jest przyczyną tak częstego nawrotu wspomnień, może lepiej uczynię to sam?


Tak, przejazd z Rodez do Conques z technicznym postojem na kempingu w Saint-Cyprien-Sur-Dourdou, był chyba najbardziej ekstremalnym doświadczeniem deszczu nie tylko w tamtej, ale może w ogóle, wszystkich wyprawach?


Już kiedyś opisałem tamten dzień. Popołudnie i wieczór. Jednak dziś znowu muszę tam pojechać. A żeby wyzwanie było tym ciekawsze, postanowiłem nie korzystać ani z wcześniejszych notatek ani zdjęć. Ewentualne uwagi co do różnic między obiema ujęciami pozostawiam Szanownemu Czytelnikowi. Jeśli zechce - sam dotrze do opisu sprzed 2 lat. Dla piszącego będzie to całkiem miłym dowodem towarzyszenia autorowi w trudach trasy, także po zasobach pamięci.


Z Rodez wyjeżdżam późnym popołudniem. Niebo zalane słońcem, jak w nocy - deszczem, który wdarł się do wnętrza namiotu i resztę czasu kazał spędzić na próbach jego osuszenia; i nie tylko namiotu ale i rzeczy, które nie oparły się kąpieli. Szynobus, typowy na tak krótkich liniach środek transportu, zawozi mnie do Saint-Christophe-Vallon. Tu wysiadam. Dalej pojadę już rowerem. Tu też zaczyna się wspinaczka, której trochę się obawiam. Niebo, od strony Rodez zaciąga się ciemną chmurą, ta zabarwia się coraz mocniej aż osiąga czerń znaną tym, co wciąż jeszcze pamiętają, jak wyglądał szkolny zeszyt, na który wylała się zawartość kałamarza. Ale to nie dla mnie, prawda? Nie dla mnie ten flakonik. Ja mam swoją klawiaturę i podróżne narzędzia pisarskie.


Gdzieś na półmetku dość stromego podjazdu napotykam zadaszoną i otwartą na drogę halę i pod takim „parasolem” jem obiad. Czyjś życzliwy głos upewnia mnie, że wszystko jest w porządku - nie naruszam niczyjej prywatności. „Kałamarz" nie chce się rozlać, więc ruszam w dalszą drogę. 5 minut dalej jestem już całkiem przemoczony. Nawet nie zdążyłem wyjąć peleryny! Teraz już tylko idę, prowadząc rower. Spływająca woda przelewa się przez cholewki butów. Na wypłaszczeniu kończy się las i tracę tą minimalną osłonę, jaką dawały mi drzewa. Przede mną jakaś zabudowa. Wchodzę pod daszek drewutni, pod którym moje nadzieje na to, że to tylko chwilowa ulewa przemakają do końca.

A widok na otwierającą się po lewej stronie dolinę i niebo, i na pasące się pod nim bydło byłby godny naprawdę większej uwagi i zachwytu…

Toczymy się dalej wzdłuż ścieżki, jaka wyświetla się na ekranie Garmina. Nagle, drogi, ta na ekranie i ta, pod kołami roweru rozchodzą się. 



Ta pierwsza skręca gwałtownie w prawo, druga każe jechać przed siebie. Tyle że w dalszej perspektywie obie ścieżki odchodzą od siebie tak daleko, że szykuje się spory i całkiem nieplanowany objazd. Na ekranie 2 calowego wyświetlacza wygląda to dość niepokojąco. Nie potrafię oszacować rzeczywistej wielkości nowego wyzwania.


Podejmuję się więc odnaleźć ścieżkę, którą wskazuje nawigacja. Może jednak jest tu choćby tylko ślad, choćby nawet zarośniętej, od dawna już przez nikogo nie uczęszczanej ścieżki, którą mógłbym się jednak jakoś przecisnąć?


No i jest. Tyle, że z dawnej ścieżki został już tylko ślad wypłukany przez znajdującą tu ujście deszczówkę. Kąt nachylenia i oko mówią: nie! Nawet z rowerem obok! Mimo to próbuję. Po przejściu może ok.100 metrów (później okaże się, że była to połowa drogi ale tego jej najłatwiejszego fragmentu) uskoki koryta są już tak wielkie, że uratuje mnie tylko powrót do miejsca, w którym podjąłem tą fatalną decyzję. Spływająca woda i błoto powodują, że każdy krok, to ryzyko upadku. W końcu, ufff! znowu jestem na górze. Teraz dalsza część wędrówki będzie polegała na znalezieniu jak najkrótszego bajpasu, który ponownie połączy drogę wytyczoną przez nawigację z tą, pod kołem.


Na horyzoncie, na wprost, las. Ścieżka, jedna z kilku, jaką widzę na ekranie nawigacji, ta, która miała pozwolić wrócić na trasę najmniejszym nakładem, kończy się! Dalej już jest płot i brama zamknięta na kłódkę. Ponieważ na mapie nie ma w pobliżu żadnego domostwa, postanawiam pokonać przeszkodę i kontynuuję marsz. Może nikt nie będzie do mnie strzelał? Przecież nawet pies z kulawą łapą (łapą czy nogą - nieważne!?) nie wyjdzie w taką pogodę. Droga zaczyna opadać, deszcz nie przestaje. Robi się coraz ciemniej. Przez koło przelewa się całe błoto rozjeżdżonej przez ciągnik drogi. Na tym odcinku do miejsca, w którym połączą się obie ścieżki, zużywam cały komplet klocków hamulcowych.



Schodzę pełen obaw, jak pokonam jeszcze jedno ogrodzenie. A jeśli będzie ono solidniejsze? Jeśli płot będzie wyższy? Jednak zejścia na asfalt nie zamyka ani furtka, ani żadne inna przeszkoda, a to oznacza, że otwierając sobie zamkniętą na górze bramę nie naruszyłem niczyjej własności, nie wkroczyłem w cudze terytorium. Było to po prostu najzwyklejsze ogrodzenie między dwoma sąsiadującymi ze sobą pastwiskami.


Teraz, już asfaltem, pojadę wzdłuż spienionego, w pogodne dni pewnie cicho szemrzącego nurtu Dourdou de Conques. Nie pamiętam, czy i co myślałem sobie wówczas o noclegu ale rozwiązanie przychodzi samo. Parę kilometrów dalej niemal wyludniona przez aurę wioska. I już widzę ten znak! Kemping!!!


Tu zacznę, trwający do południa dnia następnego, proces przywracania rzeczom ich świetności i blasku: pranie, czyszczenie, serwis roweru. A wszystko to przy pomocy jednej kostki mydła i dużej ilości... wody.

Pogoda sprzyja temu wybitnie.


Obok, cicho szemrze Dourdou. Jutro poniesie mnie aż do Conques.

A to jeszcze nie wszystko.

A to jeszcze nie koniec...

niedziela, 8 listopada 2020

Fuga



Na czarnym niebie klucz dzikich gęsi

Szum białych skrzydeł i wzajemne nawoływania dodają się do siebie

Jak dźwięki fugi z chóru kościoła św. Jana Chrzciciela

Blancs sur noirs...


- Pozdrawia Cię ostatnia pieśń tego lata…

- Czy ją słyszysz? 


W ogrodzie wiatr zdejmuje z drzew ostatnie liście

Nikt nie patrzy więc

jeden schowam sobie na pamiątkę

Będzie mi jak te dwa złote kłosy zerwane rok temu

(po prawej stronie Rue Marin, w drodze od św Jana…)


Jest niedzielne popołudnie, a właściwie już wieczór

Dom pachnie kawą

i kamieniem z katedry…

sobota, 26 września 2020

Ouessant, wrzesień 2020 czyli co widzieliśmy i w czym uczestniczyliśmy…

Justynie,

która odkryła dla mnie Wyspę.


Od czego zacząć i jak zacząć, kiedy to, co się (tam) rozpoczęło wciąż trwa?

Ciało wciąż jeszcze drży, palce skaczą nerwowo po klawiaturze, słowa zmieniają miejsce w zdaniu, a zdania...? Są jak ocean bijący z pasją i uporem o skalny brzeg - próbują (dokonać) niemożliwego…


Tak, wszelka próba opisania tego, w czym uczestniczyliśmy i co widzieliśmy - już po chwili staje się daremną.

Bo wszystko to jest już częścią czegoś innego. Bezkresny Ocean, skały, barwione światłem i tysiącem odcieni, atramentowa czerń nieba, nocą na drodze do latarni Créac’h. A także albatrosy, wiszące nad powierzchnią wody i wypatrujące pokarmu...


Tak, wiem. Nie zrobię tego. Nie opiszę na tym małym skrawku suchego lądu ani biegu zdarzeń ostatnich dni, biegu tak różnego od tego, co zaplanowaliśmy ani tego, czym karmiły się nasze zmysły.

(Ach, z jakąż łatwością duch ludzki omija rafy czasu i przenosi się dziś tam, skąd biegną przywołujące go dźwięki i obrazy. Tylko ciało jakieś takie powolne i niezdarne. Jednak niebawem i ono powróci tam, do tej "kołyski morza”).


Więc niech przemówią zdjęcia, bo przecież tyle ich!


A kiedy pytam samego siebie, czy wszystko, co widzieliśmy i w czym uczestniczyliśmy, czy nie było tylko snem jakim, jeden pozostaje żadnym zwątpieniem niezmącony dowód: cuda nieustannie towarzyszącej nam w drodze Opatrzności, tej Boskiej Sile i Mocy, spieszącej nam z pomocą w chwilach, a byliśmy tego pewni - beznadziejnych.

Od pierwszego, do ostatniego dnia wędrówki.


Z podziękowaniem Markowi i Joasi za wspólnie spędzone dni.

Na chwałę i cześć Trójcy Przenajświętszej…







































wtorek, 11 sierpnia 2020

To miał być

wpis o tym, że jedziemy, że startujemy, że już w czwartek o świcie...
No, nie. Nie startujemy i nie jedziemy. To znaczy jedziemy ale gdzie indziej: do Trójmiasta. W stronę nieco innych wyzwań, niż te, do których przyzwyczailiśmy zaszczycających tą stronę Gości, i tematów, dla których ona powstała.

Nic straconego. Pogodzeni z podjętą na spokojnie decyzją, bez związku z panującą w niektórych miejscach (ale nie tu) pandemią strachu, obiecujemy wrócić tu z lepszymi wieściami. Może już za kilka miesięcy.
A kto wie, jeśli się pewien (tajemny) plan powiedzie - może jeszcze w tym roku?
Ale, sza!

- A nasze katedry, tj. katedry Naszej Pani, tu i ówdzie podpalane przez sprzyjających siłom ciemności szaleńców?
- Jestem pewny, że wytrzymają nie tylko próbę ognia ale i czasu. I że przyjmą nas za rok jeszcze piękniejsze.

- A Ouessant, Wyspa? Co będzie, jeśli odpłynie od brzegu jeszcze dalej?
- Nic nie szkodzi. Po prostu, dłużej będziemy się do Niej wyprawiać.

To tyle na chwilę obecną, na wieczór dnia 11 sierpnia roku 2020...

I jeszcze muzyka, która doskonalej, niż cokolwiek innego leczy niedostatki mowy…
Muzyka, piastunka dobrych myśli...




czwartek, 18 czerwca 2020

Pontoise. I oto jestem (kartka z kalendarza).

18 czerwca 2018.
Saint-Maclou albo diament w Koronie Katedr nr 6.

Pontoise. Stolica departamentu Val-d’Oise. Miasto zawdzięcza swoją nazwę rzece Oise, jednemu z dopływów Sekwany. Na mapie, to ok. 30 km na północny zachód od Paryża, jednak przejazd z dworca Montparnasse przez skrzyżowania i zatłoczone ulice przedmieścia zdaje się tą odległość podwajać.
W końcu jest! I rzeka i most. Most nad rzeką Oise czyli - Pontoise.

I oto jestem w mieście, którego główna świątynia nie tylko nie posiada żadnej z opisanych wcześniej - a tak ważnych dla miłośników sporu o ideał gotyckiej katedry właściwości ale nie jest nawet katedrą! A przynajmniej nie jest nią z „urodzenia”.
A jednak jest i katedrą, i gotycką.
Jak to wyjaśnić? To dość proste. Kiedy Pontoise po reformie administracyjnej w latach 60-tych (minionego wieku, oczywiście) stało się stolicą departamentu, Saint-Maclou, stosownie do zwyczaju, według którego biskupstwo lokowano właśnie w stolicy departamentu, ze zwykłego kościoła parafialnego "awansował” na siedzibę biskupa i „matkę” kościołów diecezji - katedrę.
Tak oto, 8 wieków od momentu narodzin dokonuje się „wyniesienie” i tak już wysoko, bo na wzgórzu, wzniesionej świątyni: Saint-Maclou - katedrą!



Kiedy docieram na szczyt jest już po 19, a Saint-Maclou jest już oczywiście zamknięty. Wieczorne życie miasteczka jeszcze się nie rozpoczęło.
Z tarasu, u stóp południowej nawy katedry rozciąga się widok na panoramę miasta i okolice. Widzę dworzec kolei (której rozkładu jazdy wcześniej nie mogłem znaleźć, a którą jutro wrócę do Paryża). Przede mną, a stąd zdaje się jakby się czas zatrzymał a z nim i rzeczny nurt - Oisa i noc spędzona... gdzie? Tego jeszcze nie wiem.



Póki co, podziwiam ułożenie (się) świątyni z okoliczną zabudową. Jest niesamowite! Szkoda, że, nie da się tego sfotografować, bo w obiektywie wszystko się wykrzywia: perspektywa (jakby powiedział Poeta) załamuje ręce, pionowe linie fasady miast biegnąć prosto i wzwyż, krzyżują się przedwcześnie, fasada, dość zgrabnie godząca różne style stawia obiektywowi nieprofesjonalnej kamery naprawdę twarde warunki...
Nie będzie „rodzinnego" zdjęcia. Nie będzie…

Na dziś to wszystko.
Czas znaleźć sobie jakąś przystań, gdzie będę mógł rozbić namiot, a wygląda na to, że nie będzie to zadanie łatwe, bo w Pontoise nie ma kempingu. Nie chcę jednak też oddalić się od miasta zbyt daleko, żeby - tym razem już na własne życzenie - nie podwajać sobie odległości. Pozostaje więc upatrzeć jakieś dogodne i bezpieczne miejsce nad brzegiem rzeki.
Jedźmy!

wtorek, 2 czerwca 2020

Katedrę gotycką, klasyczną - raz, poproszę...

czyli - nim wjadę do Pontoise...

Niestety, nawet tak zabawnie sformułowane zamówienie nie ma szans na realizację. Nie przyjmie go żadna kuchnia. Ani architektury ani idei. Przyczyna jest prosta: nie istnieje coś takiego, jak wzorzec katedry gotyckiej. Ani w rozumieniu klasyczna ani idealna. I o ile jeszcze o pierwszą trwają spory, o tyle druga, „idealna”, od dwóch stuleci pozostaje wyłącznie na papierze (link do strony).



Tak, gotycka katedra, bardziej niż inne dzieła ludzkiego geniuszu (ducha i rozumu) wymyka się gładkim opisom, a może nawet i samym regułom opisu. Bo katedra należy bardziej do sfery doświadczenia niż języka.

"Stało się tu wielkie misterium […] Średniowiecze i Francja wieków średnich wyraziły w architekturze swoje najintymniejsze myśli. Katedry Paryża, Saint-Denis, Reims mówią więcej, niż jakiekolwiek długie opowieści. Kamień ożywa i uduchawia się pod gorącą i surową dłonią artysty. Artysta wydobywa zeń życie. Dobrze nazwano go w średniowieczu: »Mistrz żywych kamieni«”.*

Tak, gotycka katedra nie jest sumą w taki czy inny sposób połączonych ze sobą elementów, które dałoby się od siebie odseparować, zracjonalizować.



Katedry w Reims, Rouen, Amiens... Odejmij sklepieniu jedno z żeber, złagodź ostrość łuku albo przesuń jedną z przypór. Co uzyskasz? Czy bardziej zrozumiałą stanie ci się idea, która dźwignęła kamień tak wysoko i w tak doskonały sposób?
A czyniąc tak, czy doświadczysz w sobie tego ognia, żaru i pasji, które towarzyszyły pracom aż do zamknięcia sklepienia?
Szalony! Przecież na końcu takiego eksperymentu nie zostałby kamień na kamieniu, bez nazwy i właściwości…

"Elementy takie, jak sklepienie krzyżowo‑żebrowe, łuk ostry, czy też przypora nie decydują o nowym stylu. Wszystko to są środki konstrukcyjne (wykształcone lub zapoczątkowane już w architekturze przedgotyckiej), służące do realizacji celów artystycznych. Architekci zachodnich regionów Francji stosują już około połowy XII w. sklepienia żebrowe z mistrzostwem, w którym nie przewyższają ich wcale współcześni im budowniczowie „gotyccy”; a jednak trudno byłoby nam nazwać katedry w Angers czy w Le Mans gotyckimi. Wertykalizm i strzelistość proporcji również nie charakteryzują architektury gotyckiej. Każdy kto stał kiedyś pośród ruin wielkiego kościoła klasztornego w Cluny, owego przybytku stylu romańskiego, łatwo uświadomi sobie, że właśnie z osiągniętego tutaj efektu niezmiernej wysokości mistrzowie gotyccy - przynajmniej w pierwszym stuleciu gotyku - świadomie rezygnowali.”**

I jeszcze:

"Dzieła nowe w naszym rozumieniu powstawały w średniowieczu tylko w efekcie powolnego rozwoju i w sposób o wiele mniej zamierzony, niż to sobie zwykle wyobrażamy. A przecież styl gotycki stanowił na pewno świadomą innowację w architekturze i niewątpliwie był dziełem mocnych, świadomych siebie indywidualności. Ich katedry są świadectwem, które uzasadnia takie mniemanie, a i w scholastyce znajdujemy jego potwierdzenie. Najważniejszym osiągnięciem trzynastego wieku jest w dziedzinie scholastyki zdecydowane odejście od czysto transcendentalnej postawy. (…) 
Piękno świata jest zawsze pięknem boskiego dzieła, które się w nim czci. Powinniśmy się nim cieszyć całym sercem, gdyż sam Bóg "znajduje radość we wszystkich rzeczach, bo każde z jego dzieł znajduje się w harmonii z jego najważniejszą istotą" (św. Tomasz z Akwinu).
Była to właśnie ta sama, nacechowana religijnymi uczuciami idea, która przyświecała również kamieniarzom, gdy się teraz zabrali do odtwarzania z natury kształtów liści dębu, klonu, głogu i winnej latorośli. (…) Ornamentyka trzynastego wieku, nawet tam gdzie posługuje się naturalistycznymi motywami, zawsze jest wolna od małostkowości i pedanterii, daleka od tego, aby się zbytnio eksponować; pozostaje zawsze w służbie chrześcijańskiej świątyni jako idei i jako koncepcji architektonicznej.”***


Raz jeszcze myśl przewodnia: to, co zdaje się być dla gotyku istotne, a czego nie rozbierzesz na części, które następnie mógłbyś wykorzystać inaczej, to nowe zastosowanie wynalazków znanych już w epoce wcześniejszej, udoskonalenie ich i poddanie w służbę nowej idei.
Jak piszą niektórzy: to nie gotyk stworzył katedry, to katedry stworzyły gotyk...

ps. Czy dowiemy się kiedyś, kim był Mistrz, który stał u boku Sugera i kierował przebudową Saint-Denis? Choć może było ich dwóch: Architekt i Budowniczy?


* Jules Michelet, "Historia Francji" tłum. Jacek Kowalski.
** O. von Simson, Katedra gotycka - jej narodziny i znaczenie, tłum. A. Palińska, Warszawa 1989
*** Nikolaus Pevsner, Historia architektury europejskiej, t. 1.