Rouen

Rouen

wtorek, 5 listopada 2024

Paray-Le-Monial - Mâcon - Villefranche - Ars. Kryzys...?

14 czerwca, piątek.

Dziś w Paray dzień targowy. Z trudem przeciskam się między rozstawionymi po obu stronach jezdni straganami, a rower wcale mi w tym nie pomaga. Szeroki wczoraj pasaż dziś zastawiony jest mnóstwem przepysznych pułapek. Jedne mamią wzrok, jak te z misami, pełnymi egzotycznych przypraw, inne kuszą unoszącym się znad wooków aromatem gotowych potraw. Mnóstwo regionalnych przysmaków, pieczywa, wędlin. Jest też „sklep" z serami, których jest tyle, ile dziś przede mną kilometrów...




Wyruszę, nim zegar na wieży ratusza wybije południe. Lecz co to będzie za jazda! Pełna stromych podjazdów i pułapek. Już na wyjeździe z miasta droga pnie się stromo wzwyż i każe zejść z roweru. Idziemy obok siebie. Udaję, że to ja prowadzę…

W Les Cadolles, 3 km za Paray wpadam w pierwszą z pułapek. Błąd odczytu na ekranie nawigacji powoduje, że po chwili ląduję na poboczu (uff, jak to brzmi:) Route Centre-Europe Atlantique! Wycofuję się w ostatnim momencie...







Patrzę na zdjęcia...

12:47 - Charolles (kawa), 14:40 - Beaubery, 15:04 - Suin, 15:49 - Trivy, 16:35 - Bergesserin, 17:20 - Mazille (tu dłuższy postój na bagietkę z serem i gorący kubek).

Kolejny podjazd, zbyt stromy, więc znowu idziemy. Pcham rower przed sobą. I znowu: podjazd (czyli podejście) - zjazd, podjazd - zjazd… Istny rovver-coaster...

Prowadzę rower i dialog. Asfalt odpowiada mi miarowym „tup, tup, tup" i pnie się wzwyż. Nie nadążam. Słowa-zaklęcia nie prostują drogi. Pagórki nie chcą ustąpić, za to ze zboczy w Mazille, zdziwione pojawieniem się tak dziwnego „pasterza”, biegnie ku mnie stado owiec. Krótka wymiana uprzejmości i krytycznych uwag na temat drogi i padającego deszczu. To spotkanie na długo poprawi mi nastrój.

Myliłem się sądząc, że droga do Mâcon będzie spacerkiem. Niechby i w deszczu...


18:04 - Sainte-Cécile i drugi dziś błąd nawigacji: mijam zjazd z asfaltu na wąską ścieżkę, prowadzącą do wlotu tunelu (Tunnel du Bois Clair). Patrzę na ekran nawigacji, niby wszystko się zgadza, by już za chwilę….

Na zmianę kursu jest za późno. Tracę z oczu ścieżkę, którą miałem pojechać i kontynuuję wspinaczkę. Gdzieś, hen za wzgórzem, kilka kilometrów dalej, „nasze” drogi znowu się spotkają...



Po 8 i pół godzinach jazdy jestem w Mâcon. 19:40 - dworzec. I dziwna, najdziwniejsza chyba ze wszystkich na całej trasie, myśl: że nie uwierzę, dopóki nie zobaczę tego (wszystkiego, co się tu dziś wydarzyło) na mapie, na szkle monitora - „wyciągu” z zer i jedynek. I, że dopiero w domu…

Tak, jakby całe dzisiejsze zmęczenie było tylko fantazją, snem. I może była w tym jakaś metoda. Może w ten sposób oszczędziłem sobie „bólu", jaki objawiłoby odkrycie, że istniała trasa krótsza, mniej wyczerpująca? Pod całym trudem ostatniej wspinaczki - tunel…!



Mâcon. Na niebie znak - tęcza. Teraz już nie dbam o to, czy się mylę, ale wyobrażam sobie, że to dla mnie! A tak w ogóle, czy poza mną ktoś tu ją w ogóle widzi…?!


Przed dworcem ruch, podjeżdżają autobusy, taksówki. W hallu dworca ludzie oczekujący na pociąg z Paryża do Lyonu. Pociąg jest opóźniony. Kolejka do okienka z informacją, kolejka do kasy. Jak dobrze mieć aplikację (i portfel) w telefonie…

Niewiele brakuje, a popełniłbym trzeci, i kto wie, czy ostatni, na prawdę skutkujący dziś błąd: w ostatniej chwili odpuszczam pociąg, który, jak mój, też jedzie do Lyonu, ale tam, dokąd dziś zmierzam, w Villefranche, się nie zatrzymuje!


Ale co się odwlecze…  Na drodze ze stacji do Ars (10 km) grzecznie stosuję się do wskazówek satelity, jednak w pewnym momencie asfalt zamienia się w polną ścieżkę i... koniec drogi!

Zapada zmierzch, robi się ciemno i niewesoło. Zaczynam powoli wątpić, czy mój kemping w ogóle istnieje i zaczynam żałować, że nie skorzystałem z wcześniejszego w Villefranche, ale jest już za późno. Teraz już nie mam wyjścia. Jeśli nie chcę obozować gdzieś na skrawku pola z resztką wody w butelce, bez kolacji i innych, przysługujących mi dziś „praw”, muszę zawrócić do ostatniego rozjazdu i skręcić w lewo. …To znaczy teraz, w prawo…


Jest… 22 i kemping! Le Bois De La Dame - brzmi obiecująco... Długo szukam suchego i „prostego” kawałka trawnika pod namiot. Idę spać. Do góry kołami. Niech odlecą myśli. Dobranoc.

sobota, 2 listopada 2024

Le Poète...

„Tkanina” -  Zbigniew Herbert


Bór nici wąskie palce i krosna wierności

oczekiwania ciemne flukta

więc przy mnie bądź pamięci krucha

udziel swej nieskończoności


Słabe światło sumienia stuk jednostajny

odmierza lata wyspy wieki

by wreszcie przynieść na brzeg niedaleki

czółno i watek osnowy i całun

Z tomu „Epilog Burzy" (1998) 


piątek, 1 listopada 2024

Paray-Le-Monial. Monastyr Wizytek - „Kamienie w ozdobnej koronie..."

W owym dniu Pan ich Bóg da im zwycięstwo (jak klejnoty w koronie)

i poprowadzi swój lud niby trzodę.

Bo są jak drogie kamienie w ozdobnej koronie… (Za 9,16)

Niedaleko bazyliki znajduje się klasztor sióstr Wizytek. To w tych murach, za kratą oddzielającą kościół od zakonnego chóru, błogosławiona Małgorzata Maria* usłyszała owe zadziwiające słowa: „Oto serce, które tak ukochało ludzi, że się aż wyczerpnęło i zniszczyło na dowód miłości ku nim". To w  tych murach Zbawiciel objawił Małgorzacie swą wolę, aby ustanowione zostało święto Jego Najświętszego Serca, a na jego obchód naznaczył piątek po oktawie Bożego Ciała.








Klasztorne roczniki Sióstr Wizytek pełne są świadectw działania łaski Bożej, a krata..., krata oddzielająca kościół od klauzury zdaje się być w tych opowieściach delikatną, jak adamaszkowy welon siecią, w którą Zbawiciel łowi wybrane dusze...

Oto jedna z nich.

Była w Paray panna z dobrego domu, bardzo piękna i bardzo rozumna, ciesząca się tryumfami, jakie jej próżność odnosiła. Była, mówiąc językiem ulubionym w teraźniejszych opisach, gwiazdą całej okolicy, której blask aż do Lyonu dochodził, dokąd często jeździła i bawiła. W mieście tym w siedemnastym wieku przebywał świat elegancki, a Maria Rozalia de Lyonne jaśniała w nim pięknością i zajmowała swym towarzystwem. Grzeczna, ale z dumą, ściągała do siebie wielbicieli, a ich liczby wcale to nie zmniejszało, iż była przyszłą dziedziczką dóbr wielkich. Gdy w Lyonie bawiła, zawsze ktoś urządzał świetne zabawy, tak, że zdawało się, jakby na jej widok przyjemności same powstawały. Wpośród przecież tego wszystkiego, wewnętrzne uczucie pokazywało jej czczość tych świetności; po powrocie z najpiękniejszej zabawy na której sobie największe przyjemności obiecywała, nie mogła się powstrzymać, aby sobie w sercu nie powiedziała: Nie, to jeszcze nie to! Wyobraźnia i pragnienia wyrywały się z tego, co było możliwe i wzdychała za tym, czego jej ludzie dać nie mogli. Ale w tym całym przesycie nie straciła smaku do wyższych rzeczy i odzywała się w jej sercu gorąca miłość ubogich, a pomimo niedorzecznych maksym, jakie w towarzystwach krążyły, pomimo oddania się światu i próżności, pomimo dogadzania kaprysom mody, panna de Lyonne, tak, jak jej współcześni, wykonywała wszelkie obowiązki i praktyki pobożności. Wiek siedemnasty nie znał tego oderwania się od Pana Boga i od Kościoła ludzi uczciwych. Dziś można być „uczciwym" bez Boga, bez religii, bez praktyk pobożnego życia; wówczas przeciwnie, do uczciwości potrzeba było mieć religię. Kto z nią zrywał, tym samym do uczciwości pretensji mieć nie mógł.

Cor Iesu, in quo sunt omnes thesauri sapientiae et scientiae, miserere nobis… 

Przypomnieć powinniśmy tu jedną prawdę, to jest, że łaska Boża gdy chce duszę dosięgnąć, różnymi idzie drogami i najrozmaitszych środków używa; ta uwaga zdaje nam się potrzebną, nim przystąpimy do opisania malowniczej przygody, jak ją Wizytki nazwały, która oczy pannie de Lyonne poczęła otwierać.

Cor Iesu, de cuius plenitudine omnes nos accepimus, miserere nobis… 

Znajdowała się ona w Paray w uroczystość Bożego Ciała i po nieszporach wspaniale wystrojona wychodziła z kościoła. Nigdy nie wydawała się piękniejszą i bardziej tryumfującą. Przyjaciele ją witali i przyłączyli się do niej, a tłum wychodzący z kościoła, tworzył około niej niby orszak. Tymczasem naprzeciwko szła ulicą gromada wieprzów i każdy z drogi im się usuwał: "Lecz pyszna piękność - mówią roczniki wizytkowskie - sądząc zapewne, że te zwierzęta tak ją uszanują, jak ludzie, nie raczyła zejść z drogi. Przodem szedł wieprz ogromny, nadszedł naprzeciw pysznej nimfy i bez ceremonii podsadził się pod nią, wziął ją na swój grzbiet i z pół godziny obnosił po całym mieście. Zmuszona chwycić go za ogon, jakby za uzdę, Rozalia z całych sił krzyczała i wołała o pomoc, ale żaden z wielbicieli nie przybiegł jej z ratunkiem; tym bardziej damy nie śmiały zbliżyć się do trzody idącej za biegunem z nową amazonką i sprawującej chrząkaniem swoim ogłuszającą muzykę. Lud śmiechem wybuchał i nie przeszkadzał w przejażdżce pięknej pannie. Kiedy na koniec oswobodziła się od napastnika, wstydem i trudem znękana uciekła”.

Cor Iesu, dives in omnes qui invocant te, miserere nobis… 

Miała (panna) rozum, że się tylko z tego śmiała; ale poznała, co warte są hołdy świata. Jednakże nie myślała go opuszczać, bo chociaż już zasmakowała w samotności, ale bardziej ceniła swoją swobodę i poświęcać jej nie chciała. Porzuciła tylko czytanie romansów, które podówczas było w modzie, oddała się pod kierunek O. Colombiere'a i wkrótce zaniechała zbytku w ubiorze, za jakim się dotąd bardzo ubiegała. Rozwinęła w sobie zamiłowanie do miłosiernych uczynków; odwiedzała szpitale w Lyonie i odprawiała medytacje; ale dalej już nie myślała iść tą drogą, na którą ją Pan powoli wprowadzał: więc ją też nacisnął silniej i wstrząsnął. Pewnego poranku spostrzegła nagle przed sobą pewnego młodego szlachcica z okolic Lyonu, który jej się bardzo podobać starał, a który niedawno poległ w pojedynku. Klęczał przed nią z rękami złożonymi, niesłychanie smutny i cierpiący. „O, jakże Bóg jest wielki, mówił z westchnieniem, jakże jest sprawiedliwy! Nic nie ma małego w Jego oczach: wszystko jest zważone, ukarane lub wynagrodzone". Rozalia zapytała się tej duszy o zbawienie i dowiedziała się, że miłosierdzie względem ubogich zapewniło jej miłosierdzie Boże. Rozmowa była długa i tak straszna, że panna de Lyonne wyszła po niej blada, osłabiona i wyglądająca jakby się o lat dziesięć postarzała. Matka zaledwie ją poznała; cała świeżość z oblicza jej już na zawsze znikła, a z nią i wesołość. Odtąd była cała oddana uczynkom miłosierdzia i umartwieniom; ale swobody zrzec się nie chciała i zdawało jej się, że daleko skuteczniej pobożnością, jałmużną i innymi dobrymi uczynkami może Bogu służyć na świecie, aniżeli w klasztorze. Klauzura nabawiała ją wstrętem i przerażeniem. 

Cor Iesu, usque ad mortem oboediens factum, miserere nobis… 

O. Colombier kazał jej raz iść do błogosławionej Małgorzaty. Poszła z posłuszeństwa, ale strachem ją przejęła krata i welon, że zaś wiele ceniła dowcip i dobre ułożenie, a tego nie znalazła w osobie Małgorzaty, przeto nie obiecywała sobie wcale przyjemności z tego widzenia. Jednakże namaszczenie z jakim Błogosławiona mówiła, przemogło nad jej wstrętem i Rozalia przyrzekła słuchać jej rady. Tutaj należy podziwiać roztropność świętych: Błogosławiona Małgorzata znała zamiary Boże względem tej duszy i uprzedziła już O. Colombier, że Pan Jezus chce pannę de Lyonne mieć Wizytką. Tego jednak Błogosławiona jej nie mówiła, pozostawiła ją przy dotychczasowym jej wstręcie do klauzury, który był tak wielki, że gdy drugi raz przyszła, nie zbliżyła się do kraty, ale u drzwi stanęła, a Błogosławiona pozwoliła jej na to i z daleka z nią rozmawiała. Prosiła ją wtedy o odmówienie trzydziestu pacierzy. Rozalia przyrzekła, ale odgadła intencję Błogosławionej i modliła się zupełnie przeciwnie, to jest, aby nigdy nie została zakonnicą.

Cor Iesu, fons totius consolationis, miserere nobis…

Tymczasem Małgorzata Maria odebrała od Pana nowe zapewnienie, że chce mieć tę duszę dla siebie. Wtedy O. Colombier za radą Błogosławionej napisał do niej, aby się przygotowała do ofiary, jakiej Bóg od niej żąda, a o której ojciec miał jej ustnie powiedzieć. Skoro to przeczytała, sama do niego przybiegła przestraszona, ale gdy jej wytłumaczył, jak jest wielkim zaszczytem być Chrystusową Oblubienicą, ucieszyła się i radością przepełniona wracała do domu. Tutaj zastała opór rodziny i z tego także była zadowoloną, gdyż to ją zatrzymało jeszcze na świecie, a i pierwsza chwila zapału już minęła. Tak rok jeszcze pozostała, potem łaska Boga zwyciężyła wstręt wszelki i pomimo różnych jeszcze pomysłów, na jakie jej słabość się zdobywała, duch powołania wysoko się w niej rozwinął i z uniesieniem szczęścia pociechami Bożymi przepełniona, śluby wykonała. Często potem całowała te mury, w których tyle szczęścia znalazła.

Cor Iesu, deliciae Sanctorum omnium, miserere nobis… 

* Święta Małgorzata Maria, panna; urodziła się w Burgundii w r. 1647 jako córka notariusza Klaudiusza Alacoque. Mając lat 24, wstąpiła do wizytek w Paray-le-Monial. Ją to wybrał Zbawiciel, aby w szeregu objawień przedstawić jej swe Serce kochające ludzi i spragnione ich miłości. W r. 1675 w oktawie Bożego Ciała objawił się jej Chrystus Pan, aby ustanowione było święto liturgiczne ku czci Jego Serca w piątek po oktawie Bożego Ciała na przebłaganie za oziębłość ludzką i za zniewagi, wyrządzone Mu w Sakramencie Jego miłości. Małgorzata nie znalazła początkowo zrozumienia u współsióstr. Przechodziła też sama chwile wewnętrznych utrapień: opuszczenia, zwątpień, pokus zarozumiałości. W końcu przy pomocy roztropnego spowiednika, bł. Klaudiusza de la Colombière, jezuity, wyszła zwycięsko z walki. Umarła r. 1690. Beatyfikowana r. 1864. Kanonizowana r. 1920. – święto 17 października. 

Za: Biskup Karol Radoński, Święci i Błogosławieni Kościoła Katolickiego. Encyklopedia Hagiograficzna. Warszawa – Poznań – Lublin [1947], s. 312.


Źródło: Ultramontes

poniedziałek, 28 października 2024

Paray-Le-Monial. Bazylika Najświętszego Serca...

13 czerwca. Paray-le-Monial.

W centrum miasta stoi okazały, romański kościół i to ku niemu dziś jadę. Lecz co mnie tu sprowadza, co „każe" mi tu dziś być, to nie blask zdobiących Koronę Katedr (romańskich) pereł. Jestem tu z potrzeby serca. Ale od początku…

Na ścianie pokoju, w którym mieszkali Dziadkowie, w pięknej złoconej oprawie przez wiele lat wisiał wizerunek Serca Pana Jezusa (Dziadkowie czcili to Serce, a ich imiona zapisane są w księdze Bractwa Straży Honorowej). Po śmierci Dziadków obraz „zawędrował” na... strych. Znajdę go wiosną tego roku, wydobędę i odkurzę. Przywrócę miejscu, oczom i sercu. Niech znowu promienieje!


Dlatego dziś jestem tu pielgrzymem, gościem na dworze Króla serc. W miejscu, które przygotowała sobie Opatrzność i z którego kult Najświętszego Serca, jaki znamy z objawień św. Małgorzaty Alacoque, wziął swój początek.

Paray-le-Monial, Burgundia, wschodnia Francja... douce France - słodka Francja!

To stąd wyszedł głos cichej skargi: Oto Serce, które tak ukochało ludzi, że się aż wyczerpnęło i zniszczyło na dowód miłości ku nim.

Cor Jesu, Ignis arden caritatis...


Oglądam zdjęcia, patrzę na mapę, czytam notatkę z dnia (notatki bywają emocjonalne). Przypominam szczegóły...



10:14. Wąska uliczka z dworca prowadzi na położony na obrzeżach parku skwer. Stąd już dobrze widać bazylikę i jej najbliższe otoczenie. Obok jednostajną, jak litania melodią płynie La Bourbince. Jestem głodny i muszę coś zjeść. Miejsca jest dosyć, za stół wystarczy kawałek ławki.

Z autokaru wysypuje się grupa pielgrzymów. Ciotka Wiki podpowiada, że jestem w jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc kultu religijnego we Francji...

Cor Jesu Sacratissimum, miserere nobis…!


Paray. Odwiedzę tu trzy miejsca: bazylikę, kościół sióstr Wizytek - miejsce objawień, oraz kaplicę, gdzie spoczywają relikwie O. Colombière, - jezuity i spowiednika Św. Małgorzaty. Będzie jeszcze i czwarte, - oratorium św. Jana, miejsce wieczystej adoracji…

Tu Serce mówi do serca. W ciszy niewymownej, bezsłownej...






Przypinam rower...

Słońce i kamień; kamień mieni się wszystkimi odcieniami żółci aż po ognistą czerwień.

Wciąż ociągam się z wejściem.

Dwoje drzwi prowadzi do wnętrza. Od zachodu, gdzie między dwoma flankującymi fasadę wieżami ciągnie się na całą szerokość muru kamienny dziedziniec i północnym ramieniu transeptu. Drzwi, przez które wchodzę... prowadzą mnie wprost na chrzcielnicę. Chrzcielnica - źródło, kamienny mur - drzwi... Ileż tu życia!


Imię (Serca Jezusowego) i tytuł (bazyliki mniejszej) kościół otrzymał w roku 1875. Jest to najlepiej ze wszystkich zachowana budowla kluniacka w Burgundii. „Małe Cluny", mówią o niej.. 





Budowę kościoła rozpoczęto w wieku XII, w miejsce wcześniejszego, a ukończono w wieku XIV. To budowla trzy-nawowa. Nad skrzyżowaniem naw z transeptem wznosi się oktagonalna wieża. Nawę przykrywa ostrołukowe, kolebkowe sklepienie. Chór stanowi półkolista absyda, a w obejściu, już na innej niż nawa wysokości - trzy promieniste kaplice. Małe okna i gruby mur… - to idiom romańskiej sztuki, nie tylko sakralnej.

Kapitele już nie tak efektowne i kunsztowne, jak w Saint-Benoît; przeważają motywy roślinne. W głębi półokrągłej absydy XIV. fresk przedstawiający postać Zbawiciela. Na zamykającej południowe skrzydło transeptu ścianie - Le Grand Orgue.


O 15 jadę na kemping. To zaledwie 2 km jazdy brzegiem Canal du Centre. Kemping jest cichy, dobrze strzeżony i z wystarczającą ilością „dostępów”. To jeden z tych idealnych: tu zrobię tu pranie i zjem obiad.

Na Anioł Pański znowu wrócę do Bazyliki...


czwartek, 24 października 2024

Saint-Benoît - Gien - Nevers...

12 czerwca, środa.

Ostatnie chwile u św. Benedykta… - i postanowienie, że jeszcze tu wrócę...


Jadę do Gien. Na dworzec. Pogoda sprzyja, droga nie jest zbyt wymagająca, krajobraz sielankowy. Po mojej ślubnej stronie - Rzeka. A że płynie w kierunku przeciwnym? Życie... I choć moje słowa nie zmienią krajobrazu, przemawiam do Niej jeszcze przez chwilę. W Dampierre w ten miłosny krajobraz wcisną się 4 olbrzymie, betonowe silosy. Szum płynącej w obiegu reaktora wody słyszalny jest już z daleka i budzi niepokój. Czuję się tu nieswojo.


Atom... skarży się woda w Rzece i płynie dalej...  Oglądam jej ślad na mapie. Raz skręca w prawo, to znowu w lewo, skręca się i wije jak wstążka na wietrze. Układa, jak kokarda w dziewczęcym warkoczu, bukiecie myśli, pamięci o Tobie...

Jadę, jadę, jadę...


Gien. Dworzec i test na uważność, bo ruch pociągów we Francji odbywa się w zgodzie z regułą ustaloną przez inżynierów przybyłych z Wyspy, czyli lewym torem. W Breście, Paryżu czy Tours nie ma to większego znaczenia, jednak na stacjach przelotowych, jak tu w Gien, miej się na baczności! Lecz jeśli już zdarzy Ci się „przysnąć”, nie wpadaj w panikę, nie biegaj po peronie szukając windy (której nie będzie). Uspokój myśli i zacznij szukać w rozkładzie kolejnego połączenia.

Pomogę Ci…


Jestem na pół godziny przed czasem i przez chwilę tylko ważę, czy nie kontynuować jazdy dalej, do Briare. To niedaleko, tylko 10 km, droga płaska, asfalt. Na pewno zdążę...

Nie, - postanawiam. Bez szaleństw.

Siadam i piszę notatkę z dnia...








Nevers. Katedra. Jakże przedziwna budowla! Korpus nawowy zamykają dwa chóry! Pierwotny, wybudowany w stylu karolińskiego renesansu i nietypowy, bo zamyka zachodnią części nawy, i późniejszy, gotycki, - już orientowany.

Patronami katedry są męczennicy z początków IV wieku, ostatniej fazy zapoczątkowanych przez Dioklecjana krwawych prześladowań Chrześcijan - Cyr (Cyriak) i Julita; Cyriak - trzyletni chłopiec, stracony na oczach matki…


Znam katedrę z dwóch poprzednich wizyt. Dziś jestem tu tylko przejazdem, na nocleg. Katedra jest już zamknięta, ale podjadę jeszcze pod mur. Wspinam się stromym podjazdem na obszerny plac.


Loara. Randez-vous na kamiennym moście. Rzeka nie dzieli miasta, ale je opływa, mieszkańcom zostawiając prawy, wyższy brzeg. Goście proszeni są na drugi. Za mostem, na całej szerokości nurtu - niewielkiej wysokości skalny próg. Niewielki, ale skarga wody niesie się po nocy aż na kemping. I długo nie pozwoli zasnąć...


Rankiem dnia następnego o 8.30 i znowu dworzec. Pociąg do Paray-le-Monial… Dlaczego nie dwie, trzy godziny później? Przecież jeszcze zdążyłbym wejść do katedry? 

Bo jest plan, a to, na co w nim nie ma miejsca, to pośpiech. Pośpiech, który rodzi niedosyt. To prawda, można zwiedzić katedrę, „obejść” ją przystając to tu, to tam, zrobić kilka, może nawet efektownych zdjęć...

Ale katedra, to nie muzeum czy muzyczna aula (choć jest tak muzyczna!). Bo katedra to Aula Dei. Boski ogród i łoże boleści (Pana). Ślubna komnata, miejsce gdzie biją źródła wody życia, drugich narodzin…

Więc celebruj…


Jedziemy do Paray-le-Monial...