Z Beauvais wyruszam o 14:30, a dokładnie godzinę później, bo po drodze wstąpię jeszcze na dworzec z nadzieją, że podłączę się do gniazdek. Niestety, i tu i na wielu innych dworcach trwa spisek wymierzony w takich, jak ja. Stoliki w hallu poczekalni są wprawdzie wyposażone w gniazda, ale niestety, pas marche. Jadę dalej. Pogoda rozpieszcza, droga też. Przede mną niewiele, bo 50 km asfaltu. Liczę, że za góra 3 godziny będę na noclegu, więc pozwalam sobie na dwa dłuższe postoje. I to był błąd, który okupię nerwową końcówką. Na wjeździe do Creil próbuję zdobyć most nad rzeką Oise. Niestety, podjazd ze ścieżki zbyt stromy i ginie w zaroślach. Muszę zawrócić i poszukać objazdu. Na ostatnich metrach przed kempingiem, kiedy duch i dusza, i ciało resztką sił krzyczą „To już tu!”… mijam wjazd i pnę się wyżej, i wyżej. Słońce już zgasło… a kemping - ach!, widzę go z góry - gdzieś na dole.
Zawracam. Tracę z takim trudem zdobytą wysokość. Szukam wjazdu. Jest! Ukryty gdzieś na uboczu, pośród drzew i zapadających już powoli ciemności.
Na szczęście wyrozumiały Gospodarz przyjmie mnie i ugości…
Dziś kemping był już nie opcją, ale koniecznością. Padła już bateria „centrum zarządzania”, kończą się baterie w nawigacji, a tu trzeba planować jutrzejszą trasę! No i pranie, i kąpiel też nie mogę już dłużej czekać.
Formalności w biurze, rozkładam namiot, dokuję baterie. Stacja jest w zasięgu wzroku, więc jest bezpiecznie. Prysznic. Ledwie ustoję, ale jeszcze pranie. Jak nie spadnie deszcz, jutro rano będzie suche.
Zapamiętam ten dzień i lekcję. I mijane tego wieczoru na ulicach Creil twarze. Śniade, rzucające w moją stronę ciekawskie i budzące niepokój spojrzenia. Postaci jakże inne od tych, które miesiąc wcześniej mijałem na postojach w górskich wioskach, co z szeroko otwartymi oczami, pełni podziwu i niedowierzania pytali:
- Pas batterie, pas electrique?!
- Pas, - odpowiadałem, unosząc lekko brwi i z wdziękiem przekrzywiając w prawo głowę.
- Chapeau, chapeau…
6 sierpnia. Poranek i droga do Senlis.
Wstaję wcześnie, o 6. Prysznic i prania ciąg dalszy. Wyschnie na rowerze. Śniadanie. Nad głową jeden po drugim suną samoloty. Lecą na Beauvais-Tillé.
Droga z kempingu do Senlis, to chwile, kiedy znowu zaczynam tęsknić za porządnym asfaltem. Choćby i bez pobocza. Droga szybko zamienia się w polną, później kamienistą, na koniec - leśną. Trochę kluczę. Na koniec zejdę z roweru, bo koła zakopują się w piasku.
Z kempingu do Senlis było ledwie 12 km. Pojadę… 2 godziny…!
Wyjeżdżam z lasu. Wieże katedry widać już z daleka.
Senlis. Piękne. Wszystkie ulice w bruku. Przypnę rower do ogrodzenia pod Office du Tourisme i jak goniec po planszy biegam, szukając miejsca, z którego obejmę wzrokiem (obiektywem) Królową.
Ale na sesję zdjęciową jeszcze przyjdzie czas. Najpierw obiad. W wąskiej uliczce odchodzącej od zastawionego ogródkami placu - plac nareszcie ma imię, a nie tylko nazwę, wiatr raz po raz szarpie parasolami i zrzuca ze stolików karty, serwetniki. Lecą sztućce. Brzęk tłuczonego szkła - tym razem - kieliszek. Siadam. Zamawiam. Czekam długo, w końcu jest: naleśnik i pinta piwa. Na koniec deser - lody z kremem Chantilly. Kiedy przyjdzie do płacenia, mało ogarnięty personel długo się naradza i coś tam przelicza. Coś ten rachunek wysoki, - myślę i sprawdzam z kartą. Panowie zdają się być niepocieszeni. I nawet - pardon nie padnie. I myślę sobie - kolejne „ubogacenie kulturowe”, potwierdzone.
Zdarza się…
Tymczasem ja, goniec Królowej, wracam na „planszę” czyli na plac, nad którym wiatr przegania chmury. Te pędzą z prędkością pendolino. Ledwie zdążę się ustawić, - słońce ginie za ich zasłoną…
Przede mną - Notre Dame de Senlis, Królowa w złocie z Ofiru (stoi po twojej prawicy)…
Zaprasza do swoich komnat…