Rouen

Rouen

czwartek, 17 listopada 2022

Dzień piąty. Nájera - Santo Domingo De La Calzada - Belorado.

 Nigdy wcześniej (ani już później) nie wykonałem tak głupiego manewru, jak dzisiaj, na wyjeździe z Santo Domingo. Ale od początku.

Z Nájera wyruszam o 7:40. Dwie godziny później jestem już w Santo Domingo, przepięknym, acz niewielkim, liczącym zaledwie kilka tysięcy mieszkańców, miasteczku. Jestem już w podcieniach wieży, przed drzwiami katedry, i za chwilę zapnę gdzieś rower, kiedy do uszu dochodzi wyraźne i powtarzające się pianie koguta.

- Kurnik jakiś - myślę. Ale w środku miasta?

Pianie powtarza się i najwyraźniej dochodzi z wnętrza katedry.

- Mogliby już dać spokój świętemu Piotrowi. Pan mu już przecież wybaczył, więc po co przywoływać tamtą noc z dziedzińca Piłata?


Jednak drzwi, które wziąłem za wejściowe, nie prowadzą do katedry. Trzeba je minąć i wejść od strony klasztornego dziedzińca, do atrium, w którym mieści się… tak, tak, bileteria. Ale ja chcę tylko (albo - najpierw) do katedry! Nie. Czy chcesz, czy nie chcesz odwiedzić muzeum, do katedry bez biletu nie wejdziesz. Bilet ma tą zaletę, że pozwoli wejść także do innych muzeów Santo Domingo. Kupuję, więc wchodzę...


Katedra dedykowana jest św. Dominikowi. Ale nie temu, z którego zasłynął zakon Białych braci, czyli Guzmanowi, ale Garcii, za wstawiennictwem którego wiek później pewna niewiasta poczyna i rodzi upragnionego syna, który stanie się założycielem zakonu, z którego wyjdą tak świetni synowie, jak Dominik Guzman, Tomasz z Akwinu, Wincenty Ferreriusz, Albert Wielki...


Dominik Garcia z przydomkiem de la Calzada, czyli „od (budowy) dróg”. Patron inżynierów i budowniczych. Jego świętość wyrażała się nie tylko niezwykłą pobożnością, ale miała wymiar „praktyczny”, użytkowy. To jemu pielgrzymi, udający się do grobu Apostoła, zawdzięczają budowę grobli na rzece Oja (od rzeki wzięła swoją nazwę prowincja), która skracała im długie obejście. Dominik był także budowniczym dróg, a już istniejące - naprawiał. Przyczynił się także do budowy szpitala dla pielgrzymów, dziś zamienionego na parador. W murach tego zabytkowego kompleksu, oprócz hotelu, mieści się także muzeum. Całą bryłę „pieczętuje” od strony alei Juana Carlosa I, konwent św. Franciszka.


W uznaniu zasług zbudowana na miejscu romańskiego kościoła katedra, a później także i miasto, nazwano jego imieniem i jego wstawiennictwu do dziś się poleca. Każdego roku w maju, miasto fetuje swojego patrona. Obchody trwają 5 dni i mają bardzo uroczysty przebieg.


We wnętrzu katedry mieści się wiele wspaniałych dzieł sztuki. Min. wykonane z drzewa orzechowego retabulum (XVI wiek). A na ścianie, zdobionej pięknymi polichromiami, na pewnej wysokości ale w zasięgu wzroku - el Gallinero, gotycki kurnik z 1460 roku! To właśnie stąd rozchodzi się na całą nawę, słyszalne także na zewnątrz, pianie koguta. W przylegającym do katedry muzeum i krużgankach - ekspozycja wspaniałych dzieł sztuki sakralnej: rzeźby wykonane z kości słoniowej, ołtarzowe miniatury.


A oto wyjaśnienie obecności „złotej klatki” w katedrze, czyli „historia" o kogucie i kurze:

Jest XIV wiek. Pewien pielgrzym o imieniu Hugonell, który odbywał wraz z rodzicami pielgrzymkę, odrzuca zaloty miejscowej dziewczyny. Ta, urażona, uknuła zemstę: włożyła do bagażu młodzieńca, należący do właściciela gospody, drogocenny kielich. Młodzieniec został oskarżony o kradzież, a wyrokiem sądu skazany i powieszony. Jego rodzice znaleźli go jednak na szubienicy żywego! Gdy przekazali tę wieść sędziemu, miał on zakrzyknąć: To bzdura, wasz syn jest tak samo żywy, jak ta pieczona kura na moim talerzu. W tej samej chwili kura ożyła, na nowo wyrosły jej pióra i zaczęła gdakać.


Tak oto upamiętniony został cud, przypisywany wstawiennictwu świętego Dominika.


Ale na mnie już czas. Zjem jeszcze kawałek placka, wypiję kawę i w drogę.

W katedrze kogut suplikuje lacrimosa dies illa, kura przygdakuje, a ja na wylocie z Santo Domingo wykonuję manewr, którym dokładam sobie niepotrzebne kilometry… 


Do Belorado jadę...
































niedziela, 13 listopada 2022

Dzień czwarty. Logroño - Nájera.

W małych miasteczkach, takich jak Nájera, znalezienie noclegu nie nastręcza najmniejszego problemu. Na każdym niemal budynku, rogu ulicy, czy rozstaju dróg, umieszczona na niebieskim tle żółta muszla (lub strzałka), z promieniście rozchodzącymi się liniami, jak gwiazda co prowadziła Mędrców ze Wschodu (albo jak złote lilie na płaszczu Kapetyngów), upewnią cię, że jesteś na szlaku. Tu, w Logroño, muszę już sięgnąć po mapę. 


Siadam więc w parku nad brzegiem dzielącej na dwie połowy miasto rzeki Ebro i znajduję… Albergue Santiago Apóstol. Melduję się, pobieram zestaw pościelowy, velo zostawiam w przeznaczonym na rowery atrium (widzę, że nie jestem tu sam, choć jeszcze nie widzę wszystkiego) i wyruszam na rozświetlone i gwarne uliczki miasta. Kościoły już pozamykane. Przyjmą mnie jutro. Nigdzie się nie spieszę.


Rano, przy porannej kawie - co za spotkanie - … Loeck! Gadamy o wczorajszej drodze, o Irache, gdzie przegapiłem wyśmienite podobno wino i wychodzimy na miasto. Na kolejną kawę i zwiedzanie. Loeck zostaje tu do jutra, ja o 14 wyruszam dalej.


Logroño. Miasto i jego kościoły!

Konkatedra de Santa María de la Redonda de Logroño, Iglesia De Santa María De Palacio, albo najbliższy naszego „albergamentu” - Iglesia De San Bartolomé!


Hiszpański gotyk, barokowe wykończenia, złotem polichromowane ołtarzowe retabula! W niszach bocznej nawy postać Maryi. W tajemnicach Macierzyństwa ale też bólu, płynącego ze współczucia i obecności pod Krzyżem Syna. Tu Maryja trzyma Dziecię Jezus, a dalej, jakby zmęczona już tym staniem siedzi, trzymając Syna na kolanie. A kiedy świątynia, jak ta, jest pod Jej wezwaniem, ukaże się nam także jako Nauczycielka modlitwy - Orantka w glorii. Panna nad Pannami, Pieśń nad Pieśniami. Nuestra Senora...


A nad wystrojem tych przepięknych i poruszających serce wnętrz pracowało tylu Mistrzów: Juan de Roan (Iglesia de Santiago el Real), Arnaud de Bruxelles (retabulum ołtarzowe w Iglesia De Santa María De Palacio), czy Michał Anioł (jemu przypisywane jest Ukrzyżowanie w ołtarzu głównym konkatedry). 

I odwiedzam je w myślach. Znowu i znowu…


Około 19 ląduję w Nájera, dawnej stolicy Nawarry, do XVI wieku - miejscu pochówku hiszpańskich władców. Oznaczenia prowadzą mnie prosto do małej Albergue Las Peñas. Zamawiam nocleg i śniadanie na godzinę 6 rano. Monaster Santa María la Real w remoncie, a w pobliskim kościele kończy się właśnie ceremonia pogrzebowa. Nawet nie zdążyłem zajrzeć, czyja...


Notatka z drogi:


5 września. Logroño.

Longrono, Longrono! Jak Cię opuścić, jak stąd wyjechać?! A przecież przede mną jeszcze i Leon i Burgos!?

Hiszpański gotyk. Porywa duszę wzwyż, jest, jak „ług farbiarza i ogień złotnika” - choćbyś nie wiem, jak się opierał, w końcu ulegniesz. Jednak do końca "próby złotniczej" duszy, wiem to - droga jeszcze daleka...

To chyba wszystko, co mogę i co wolno mi w tej chwili, i w tym stanie, napisać.

Kierunek Burgos. Przy dobrych wiatrach - za 2 dni.


Adios, Logroño…!

















czwartek, 10 listopada 2022

Dzień trzeci. Estella - Los Arcos - Logroño. Loeck.

Wczoraj w Zubiri, jak piłka, odbijałem się od drzwi. Wszystkie miejsca zajęte. O 21 myślałem juz tylko o osłoniętym od kaprysów pogody skrawku ziemi. Bez namiotu rozkładania. Jednak wróciłem do pierwszej albergi i na sali, służącej za wspólną kuchnię, o tej porze już pustej, zająłem złożoną z palet i materacy „sofę”. Było za-wygodnie, źle mi się spało. I ta pralka w kącie, do której ktoś ciągle gadał, mimo nocy…!

Mimo to dalej postanawiam trzymać się zasady: żadnych rezerwacji! Będzie, jak będzie.


Tu w Estella, mimo wolnych miejsc na wieloosobowej sali (piętrowe łóżka! Tylko nie to!), rozkładam karimatę na posadzce atrium. Ktoś inny, w rogu (atrium nie ma zadaszenia) rozłożył sobie nawet namiot. Budzę się co godzinę, bo z dmuchanej poduszki schodzi powietrze…

Powoli poznaję reguły noclegowni i użytkowania wspólnych pomieszczeń. Kempingi? Nie wchodzą w grę. Zwłaszcza ten tutaj, na peryferiach miasta.

(Wczoraj na wyjeździe z Puente del Reina pomyliłem drogę i straciłem sporo czasu na korektę. Obiecuję sobie większą uważność. Zwłaszcza, że to wciąż góry…)


Na porannej „odprawie” (gorący kubek, ustalenie trasy, pakowanie, kawa) spotykam Loeck’a. Loeck jest Holendrem i w trasie od 6 tygodni. Jedzie z Amsterdamu. Jeszcze nie wiem, że za kilka dni, w najmniej spodziewanym miejscu i momencie spotkamy się po raz trzeci i dalej pojedziemy już do końca "koło w koło". Jesteśmy ostatni, którzy tego ranka opuszczają noclegownię. Ale przedtem trochę jeszcze gadamy. Jest dobrze wyposażony w mapy. Pod wieczór bada profil kolejnego dnia i ustala cel. Nie mój styl, ale nie odmawiam uwagi.

Dziś niedziela.


Notatka z dnia:


4 września. Estella - Los Arcos - Logroño.


Hiszpańskie słońce ma się bardzo dobrze. Na zjazdach gwałtowne podmuchy wiatru łagodzą upał. Skóra od ramion w dół - ciemnieje, koła się toczą, próbuję przegonić swój cień. Cień wymyka się, łamie, pojawia to z prawej, to z lewej strony, w końcu zmęczony pada na pobocze, jakby chciał skosztować soczystych gron Riochy. Dostanie je, ale jeszcze nie teraz...


Na wyjeździe z Estella odwiedzam po-benedyktyński monaster Santa Maria de Irache. Założony w połowie X w. klasztor opatrywał pielgrzymów, udających się do Santiago. W XVI wieku powstał tu uniwersytet, pierwszy w Nawarrze. Mnisi, jak to Benedyktyni, stosownie do swojej dewizy: ora et labora, zajmowali się także uprawą winnej latorośli. Pozostała po nich okazała bodega. Dziś ksiądz i zakrystian szykują się do Mszy. W pustyn kościele…

Mojej (nie)uwadze uchodzi okazja degustacji wina, którego można było zaczerpnąć z umocowanego w murze bodegi kranu. Czytałem o tym przed wyjazdem. A więc to było tam!

Kto wie, może i lepiej...


Kościół w Los Arcos. XII wiek. W ołtarzu głównym, stosownie do imienia - gotycka figura Matki Bożej. Ołtarzowe nastawy mienią się złotem. Światło przeciska się przez małe okna (to bardziej świetliki, niż okna) wycięte w grubym murze, tuż na wysokości łuków arkad, czyli bliżej sklepienia niż nawy.


Ostatnia prosta do Logroño, ale nim jeszcze na dobre zejdę z roweru, zatrzymuję się i odcinam kiść pełną gron, potem drugą i kolejną. Pestki radośnie trzeszczą pod zębami. Sok płynie, niczym wino.