Wtorek, 11 sierpnia.
Przede mną jeszcze 110 km „małych radości". Droga, którą jadę... upalne dni, ciepłe noce. Ach, pogoda…! Czy już ją chwaliłem? 63 dni i tylko 5 (pięć!) godzin deszczu! Trochę popadało w Serres, trochę na Wyspie.
6:00. Pobudka, jak wczoraj. Śniadanie i o 8:00 - w drogę. I nie odjadę daleko, może 3 km, gdy spotykam miejsce, którego wypatrywałem wczoraj. Nie powiem, wzruszyłem się...
Jadę. Krajobraz dobrze znany, jak droga do szkoły, albo ścieżka, którą chłopiec na rowerze chadzał na wagary.
O czym myśli teraz chłopiec na rowerze? Wyobraża sobie, że może kiedyś jechał tędy ze swoimi wojami Karol, zwany Wielkim. I była tam wielka rozprawa i sąd nad hrabią Ganelonem, co zdradził Rolanda… I wraca się myśl do przełęczy w Roncesvalles i pochyla nad dzielnym Rycerzem, co pognał Saracenów, lecz sam zginął w zasadzce...
Myśl to cofa się, to znowu wyprzedza przyszłe zdarzenia. I tak od wioski do wioski, od dzwonu do dzwonu. Może więc wcale nie jest tak całkiem „bezmyślna”…?
Patrzę na ekran nawigacji już tylko po to, żeby sprawdzić, czy mieszczę się w „rozkładzie jazdy". Tak, nad poprzednią przeprawą, kiedy na dworzec docieram godzinę przed odjazdem pociągu (z duszą na ramie), mam wciąż 4. godzin zapasu. Dziś pewnie trochę go zgubię, ale jest dobrze. Może nawet zdążę jeszcze, choć na chwilę, wejść do Katedry Marii i rzucić okiem na Ołtarz, kaplicę i tron, na którym zasiadał Karol?
Jadę w słodko pachnącym (ale nie cukierkowym) krajobrazie małych wiosek Walonii. Aldringen i Maldringen (wczoraj: Ivonne i Givonne) i ani żywego ducha… Pierwszych „żywych" ludzi spotykam dopiero na... cmentarzu w Neundorf, 3 km przed Sankt-Vith. Cmentarz, a na nim kościół pw. Wniebowzięcia NMP, niewielki z kamiennym przedsionkiem.
Południe. Zatrzymam się tu na dłużej, odpocznę, załatwię wszystkie nasze (dzienne) „sprawy". Ale nie tylko te. Dość po niewczasie, bo już wychodząc, zauważam na ścianie gniazdka. Te elektryczne, oczywiście. To cenne spostrzeżenie, bo właśnie pada mi bateria MacBooka (tak, coś z tym będę musiał zrobić).
I tak, zamiast po pół-, ruszam godzinę później.
Sankt-Vith. Obowiązkowa kawa + ciastko. Pierwszy raz do drożdżówki dostaję nóż i widelec. To tak można? Tak się tu je? Rozumiem, łyżeczka do sernika, albo widelec do szarlotki, ale nóż, widelec? Okleję sobie palce słodkim lukrem i na moment, tyle, żeby obmyć palce i wrócić, zejdę z tarasu. To tylko pretekst, żeby obejrzeć pojazdy, które zaparkowały poniżej. Z dziećmi czy bez, z pieskiem, czy tylko z bagażem, - to prawdziwe monstra, krążowniki rowerowych ścieżek!
Kluczę po uliczkach w poszukiwaniu znajomego sklepu. To duży sklep, a nie mogę do niego trafić. Jest! Zakupy i ruszamy.
Tu, w Sankt-Vith zaczyna się ścieżka. Sprawdzam czas. Jest 15. A więc z porannego „zapasu” wyciekły mi już… 2 i pół godziny! Trochę dużo, a przede mną wciąż jeszcze 75 kilo jazdy.
Daję sobie 7 godzin (niestety, Kaiserdom będzie już poza zasięgiem). Ścieżką jedzie się dobrze, zdecydowanie lepiej, niż szosą. Na ścieżce mam pod kontrolą wszystkie parametry jazdy.
Nim na ostatnich kilometrach rozpędzę się na dobre, zrobię jeszcze kilka i jeden dłuższy postój. Zjazd do Akwizgranu będzie spektakularny. Od Monschau do dworca, to już prawdziwy popis. Hej! Patrzcie i podziwiajcie!
21:20 Akwizgran. Dworzec. Koniec trasy. Do odjazdu pociągu zostało mi 2,5 godziny. Dworcowa sieciówka z kanapkami już zamknięta. Na przeciwko, po drugiej stronie ulicy jest nocny, prowadzi go pani o wulgarnej urodzie i manierach. Kupię tu napoje, a bułę, - już na dworcu w Kolonii.
23:44 i Kolonia. Pociąg do Frankfurtu (n. Menem) opóźniony. To dobra okazja, żeby podpatrzeć nocne życie dworca i okolic katedry. Jeszcze lepszą sposobność będę miał we Frankfurcie. Odważny jestem, bo wyprawiam się na 2 godzinną, nocną jazdę po mieście. Tego się o tej porze nie robi w pojedynkę, ale co? Mam „umierać" na dworcu?
8:30 - Berlin, ale nie tryumfuję, jestem zmęczony. W Berlinie kolejna zmiana pociągu. Jedziemy do Frankfurtu, tym razem nad Odrę, gdzie czeka już „polski” pociąg.
- I co? To wszystko?
- Prawie. Jeszcze będzie mapka, a może i dwie. A później chwilę pomilczymy.
Bo to, co jest we mnie nie znajdzie sobie słowa, w którym zdołałbym się wypowiedzieć.
Podróż opisana, czy opowiedziana, nie jest już podróżą, a źle opisana, może stać się jej karykaturą. Zostawiam Cię więc w miejscu, gdzie z ciszy rodzi się modlitwa, a z modlitwy - miłość. Warunki trwania…
Cisza i światło, - znaki Milczącej Obecności, przed którą zginam kolana…
I jeszcze muzyka, która kończy każdą moją podróż.
Dla Ciebie...






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz