Rouen

Rouen

niedziela, 11 sierpnia 2024

Jedno zdjęcie za 1000 słów...

Rzeźby z portalu fasady zachodniej. Pośród nich postaci Panien mądrych i głupich...











Późnogotycka kazalnica, dzieło Hansa Hammera (XV w.).







Eklezja i Synagoga:

Odziana w długie, zwiewne szaty Eklezja ma na swoich skroniach koronę. Jej chłodny, surowy wyraz twarzy obrazuje stanowczość i władczość. Zmysłowa w swojej pozie Synagoga (ten aspekt zdają się podkreślać wykonane z przejrzystego materiału i obciskające, niczym mokry jedwab ciało, szaty) jest wyobrażeniem złudnego piękna. Przewiązane draperią oczy obrazują zaślepienie, a złamana włócznia i wypadające z rąk tablice Mojżeszowe - grzech i niewierność Przymierzu.

Średniowieczna teologia wskazywała na negatywny aspekt tej alegorycznej postaci - niegdyś pierwszej oblubienicy Boga:

Okazawszy niewierność [Bogu] i stoczywszy się do roli nierządnicy, na końcu czasów znów się do Niego zwróci...

Zapowiedzią tego zwrotu zdaje się być lekko podniesiona głowa.


Oryginały rzeźb znajdują się w przykatedralnym muzeum. Ich nie mniej doskonałe przedstawienie spotkamy na portalu katedry w Bezier, ale jeszcze wcześniej, w Metz.






Filar Anielski:

Pośrodku nawy południowej stoi podtrzymujący sklepienie i dzielący nawę filar (XIII w.) nazwany ze względu na umieszczone na nim figury aniołów - Filarem Anielskim. W dolnej strefie autor umieścił posągi Czterech Ewangelistów, zaś nad nimi dmące w trąby cztery anioły. Stojące w najwyższej strefie Anioły trzymają w rękach tzw. Arma Christi (tj. narzędzie Męki Pańskiej).


Nie mogłem się oprzeć, żeby w środowy poranek nie obejrzeć ich raz jeszcze…

Pośród ciszy, co bywa bardziej wymowna, niż słowa.

Jedno zdjęcie za 1000 słów...









niedziela, 4 sierpnia 2024

Katedra Najświętszej Marii Panny w Strasburgu.

Strasbourg, ale najpierw kemping.

Po wczorajszej, zaniechanej próbie dotarcia na miejski kemping w Strasbourgu docieram tu przed południem, stawiam namiot - bo dobrze będzie wrócić północą „na gotowe” - i ruszam w miasto.


Katedra.

Wzniesiona z czerwonego piaskowca w sercu Grande-Île i opasana wodami kanału i rzeki L'ill jest katedra - pełnym tytułem - Perłą miasta!


Jeśli chcesz dobrze zacząć spotkanie, rozpocznij wędrówkę dawnym Rybim Targiem. A kiedy już staniesz na wysokości Rue Mercière z jej charakterystyczną zabudową, zapewniam Ci, że z wrażenia zatrzymasz się i jeszcze długo nie postąpisz dalej…



Zachwyt miesza się z bezradnością. Już wiem, że nie znajdę słów, czuję się „niepiśmienny". Koronkowe detale, figury, fiale i filigrany, widoczne już stąd, - choć wciąż daleko - podkreślają smukłość i lekkość całej budowli i wydają się nie mieć żadnego związku z materią, z której zostały wykonane. Zdaje mi się, że widzę delikatną tkaninę rzuconą na kamienną sztalugę, wykradziony z Luwru obraz doskonały.





„Gdym pierwszy raz udał się do katedry - pisał w swym studium O niemieckiej architekturze, mający w tamtym momencie 24 lata Goethe - głowę miałem pełną ogólnikowych wiadomości o dobrym smaku. Zgodnie z tym, co mówiono, czciłem harmonię, czystość form. Byłem zawziętym wrogiem zawikłanej niesubordynacji gotyckich zdobień. Dla tego wszystkiego, co nie mieściło się w moim systemie, miałem jedną nazwę - gotycki.

Jakże nieoczekiwane, zdumiewające wrażenie wywołał we mnie widok katedry, gdym stanął przed nią: jakieś wielkie, zupełne doznanie złożone z tysiąca harmonijnych cząsteczek; mogłem się nim rozkoszować, mogłem smakować nie-niebiańskie radości!

Jest tu najgłębsze wyczucie prawdy i piękności stosunków […] budowla wznosi się jak wyniosłe, szerokie, boskie drzewo, które tysiącem konarów, milionem gałęzi i listków głosi doskonałość swego Mistrza.”, - pisał autor Fausta.




Jan Onufry Ossoliński, który odwiedził Strasbourg (1779) notował, iż katedra „zbudowana jest w sposobie gotyckim, wielce regularną strukturą, upiększona wszystkim, co architektura ma najdelikatniejszego, i ozdobiona przepyszną wieżą, cennym pomnikiem architektury […]

Słusznie uchodzi ona za najpiękniejsze na świecie dzieło sztuki w tym rodzaju, zarówno ze względu na wysokość, jak i na delikatność roboty. Jest cała ażurowa, tak że oglądając ją z pewnych stron trudno sobie wyobrazić, jak może stawić czoło złej pogodzie”...


Można się zastanawiać, czy właściwym dla opisu kamiennej budowli jest określenie „przepyszny”, co z upodobaniem czyni w swoich opisach W. Łysiak, ale okazuje się, że piaskowiec wcale nie zgrzyta pod zębami a p. Waldemar nie był pierwszym, który opisywał swoje zachwyty językiem kulinarnym.




Jedną z najbardziej szczegółowych relacji ze spotkania z Katedrą przekazuje nam A. Domeyko, który zwiedzał ją w towarzystwie Mickiewicza w lipcu 1832 roku:

„Kilka dni tylko zatrzymaliśmy się [Domeyko i Mickiewicz] dla widzenia miasta, katedry i wieży Münster. Ta ostatnia słusznie policzona między arcydzieła sztuki, cała z kamienia, jakoby z kamiennej koruny utkana, panuje nad całym miastem i całą jego okolicą jak wielki świadek z czasów silnej wiary i rycerstwa, w których zamiast formowania licznych pułków, szwadronów i korpusów stawiano kościoły. Dziwiła mię śmiałość, z jaką budowniczy podniósł ją tak wysoko, w niebo, jako też harmonia wszystkich jej ogniw i przedniejszych części powiązanych w całość z taką dokładnością, że cała budowla pomimo swej olbrzymiej masy zachowuje charakter bezpiecznej równowagi i lekkości; dziwiła sumienność, z jaką wykonana i wykończona została cała myśl i plan budowniczego w najmniejszych nawet szczegółach; wszystkie ozdoby, choć z twardego piaskowca wyrobione, mają wejrzenie, jakby były z wosku czy jakiej miększej materii. Szczeblując po wieży, podziwialiśmy z Adamem wykończenie drobnych nawet szczegółów, jako to gzymsów, kapiteli i rozmaitych ozdób nawet, pochowanych w otworach i kątach, których zewnątrz nie widać. W jednym z nich, wpatrując się, dostrzegliśmy wysmukłą wąską kolumnę, opartą na głowie aniołka z tegoż samego kamienia wyżłobionej. W twarzy aniołka dziwna spokojność i cierpliwość, a że ciężar pilastry przyciskać zdawał się zanadto mu głowę, podłożył rączkę swoją pod podnóże tej pilastry. Kapitele też zamiast akantowych liści i korynckich zwojów ustrojone tu są w liście winogradu, to jest krajowej ozdoby, nie pożyczane z greckiej architektury. Jakaś głęboka pobożność maluje się w tej gotyckiej ozdobie. Zdaje się, że architekt budował przede wszystkim dla własnej duszy, na chwałę Bożą, nie dbając o efekt, na wrażenie zewnętrzne i oklaski. Nie spieszył się z wykończeniem, zostawiał dzieło swoje drugim, młodszym, przestając na tym, co mu Bóg dozwolił wykonać, a owe świetne katedry dłużej budowały się niż dzisiejsze wielkie w Zjednoczonych Stanach miasta i stolice; toteż przetrwają wiele miast i narodów”.









Wieża.

Oczywiście, że na nią wejdę, a właściwie na taras, z którego wieża na kilka pięter wystrzela ku niebu i "zda się, nie czujesz, iżby stała i ciężyła na ziemi, ale że owszem, własną siłą i życiem rośnie z ziemi w niebo jak palma i za okiem myśl widza, a za myślą i duszę gwałtem z sobą na wysokość porywa”, pisał Antoni Odyniec.

„Wieża zawsze prześliczna, koronkowa, przejrzysta, lecąca ostrzem w niebiosa”, - pisał Jan Zaleski do Zofii Zaleskiej.

A St. Wyspiański tak pisał do L. Rydla: „Za parę godzin mam wyjeżdżać ze Strasburga – przechylam się za poręcz okna i patrzę ku tej wieży, w górę, w górę – jak ona leci monotonnymi piętrami jak litanią – jakby się przesuwało paciorki różańca patrząc na nią”.


Patrzę na nią i ja, i razem z młodym Wyspiańskim długo jeszcze będę przesuwał paciorki tego „różańca". I nie ma w tym widoku, tej scenie, miejsca na obiegowe, źe „to kwestia gustu”, albo że „o gustach się nie dyskutuje”. Bo wtedy zapytam Cię o to, jaka kultura ukształtowała Twój gust. I może się zdarzyć, że się miniemy, nie spotkamy...



O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja, 

jakże piękna! 

Oczy twe jak gołębice 

za twoją zasłoną. 

...

Jak wstążeczka purpury wargi twe 

i usta twe pełne wdzięku. 

Jak okrawek granatu skroń twoja 

za twoją zasłoną. 

Szyja twoja jak wieża Dawida, 

warownie zbudowana; 

tysiąc tarcz na niej zawieszono, 

wszystką broń walecznych. 

...

Nim wiatr wieczorny powieje 

i znikną cienie, 

pójdę ku górze mirry, 

ku pagórkowi kadzidła. 

...

Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico, 

oczarowałaś me serce 

jednym spojrzeniem twych oczu, 

jednym paciorkiem twych naszyjników. (Pnp 4,1-6)


Źródło cytatów.

wtorek, 30 lipca 2024

Jakoś trzeba zacząć...

Korona Katedr (2024) - wyprawa o numerze porządkowym 10, zamykająca projekt o tym tytule, choć pierwsze jeszcze go nie znały, jeszcze nie przeczuwały…

40 dni pod słońcem i 40 nocy, z których większość pod namiotem, a niektóre nawet na kempingach.1700 km asfaltu i ścieżek. Podjazdy, choć w niektórych momentach raczej podejścia, a po nich krótko trwające momenty euforii i znowu…


A przede mną katedry. Te o rodowodzie gotyckim, ale także wcześniejsze, jak romańska Notre Dame w Saint-Paul-Trois-Châteaux, katedra w Maguelone, bazylika św. Trofima w Arles, kościół opacki Saint-Giles du Gard. A obok i jakby towarzyszące im, choć lokowane z dala od miejskiego gwaru - cysterskie opactwa: Notre-Dame De Sénanque, Silvacane, czy „pieśń nad pieśniami” cysterskiej architektury - opactwo Le Thoronet.


Zaczynam od wschodnich granic. Po raz pierwszy z pominięciem Akwizgranu, żmudnego przejazdu przez Belgię, który kończył się w Sedanie, gdzie rozpoczynała się zwykle „właściwa” część każdej kolejnej wyprawy.


A teraz usiąść i opisać, co widziałem i czego chciałem być godny…

Wciąż chyba łatwiej (czy jednak o to chodzi?) byłoby mi wrócić na trasę i przejechać raz jeszcze ostatnie 150 km z noclegu na poboczu drogi w Neufchâteau (bo znowu nie było kempingu)…


A może wciąż jest jeszcze za wcześnie? Może powinienem poczekać, aż opadnie kurz, by dostrzec i pochwycić to, co spoczywa na spodzie - istotę, twarde jądro rzeczy?


Wchodzę do jednej katedry by wyjść w innej (choć to ja powinienem wyjść inny)...

Odwracam bieg czasu, cofam się, podążając jednocześnie wprzód, przed siebie.

Od miasta do miasta...


Jednak muszę spróbować. Nie mogę się zatrzymać i cofnąć, jak w poniedziałkowy wieczór 4 czerwca, na brzeg Renu, na którym zatrzymał się mój pociąg (Offenburg), bo zdało mi się, że błądzę, a noc była już bliska...

Tamtego wieczoru był to manewr słuszny, bo kemping w Strasbourgu, do którego planowałem dotrzeć, był już „pod kluczem”...

A może jeszcze poczekać, nim w niepamięć odjedzie pociąg z Warszawy, co po raz kolejny posiadał wagon do przewozu rowerów tylko w rozkładzie jazdy i na papierze, czyli bilecie? Nim znikną nie tylko z pamięci ale i map miejsca, w których miał być kemping, ale go nie było?


Przede mną więc praca. Trzeba mi usiąść i ujarzmić pamięć, wydobyć z niej to, co ważyło więcej niż bagaż i to, czego w nim nie było, siłą woli odrzucić wspomnienia rzeczy nieważnych. Czy można to uczynić bez zdjęć? Niepodobna, choć i one są tylko refleksem, odbiciem w lustrze, zaledwie cieniem rzeczy, które widziałem.

Mogę wprawdzie poszerzać kadr, ale to zwiększy tylko liczbę szczegółów. Nic więcej.


Siedzę na brzegu rzeki czasu, na przeciw tego, co widziałemi i co czułem, bezradny…

Spotkania...

Gościna…

Spotkanie, które mogło być, ale „mijamy się, nie może być inaczej. Wiem, że zrozumiesz”.

- Rozumiem.


Katedra. Tak, szukałem Jej. Wychodziłem nocą, za dnia i o świcie. Podążałem za Nią z miasta do miasta, z jednej oazy do drugiej, jak nomad. Widziałem suknię, zawieszoną na kamiennym rusztowaniu, czułem ciepło, zapach olejków i kadzidła (a zapach Twoich szat, jak woń Libanu), lecz Ona skrywała swe oblicze przede mną, nieuchwytna. Jak Oblubienica w przeddzień ślubu…


Aż w końcu znajduję, jak Goethe, - w Strasbourgu, później w Metz, Toul...



«Powstań, przyjaciółko ma, 

piękna ma, i pójdź! 

Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębieniach skały, 

w szczelinach przepaści, 

ukaż mi swą twarz, 

daj mi usłyszeć swój głos! 

Bo słodki jest głos twój 

i twarz pełna wdzięku».  (Pnp 2,10).

środa, 10 lipca 2024

List z Peronne

w miejscu.

Długo mi się tu jechało. I droga, choć miejscami równa i znajoma, - doliną Sommy, - dłużyła się nieznośnie…


Saint Jean - kościół, który dobrze znam, - przyjął mnie w swoje mury: „Salve Regina…”

Piękny jest ołtarz Wniebowzięcia, a chór i organy zdały mi się jakieś większe.


Planowałem tu nocleg, ale konieczność wymusiła nocleg gdzie indzie, w Saint-Quentin. To dobrze. Nie będę musiał zrywać się przed świtem, żeby mokry od porannej rosy rower oprzeć o mur Bazyliki.

(Łatwo go znajdziesz - wszystko w czerwieniach, jak zwykle).


Mam dla Ciebie prezent - czerwoną kokardę paloną słońcem Camino, smaganą wiatrami Wyspy, którą wożę od czasu naszego ostatniego spotkania.

Myślę, że Ty jedna zrozumiesz ten gest…


Taki bukiet myśli o Tobie…




niedziela, 2 czerwca 2024

Korona Katedr 2024. Zapowiedź trzecia i ostatnia.

Zapowiedź, o której prawie zapomniałem, a przecież bez niej, podkreślmy to, - tej trzeciej, nie może, podkreślam - nie może odbyć się to, co zapowiadały dwie wcześniejsze.


Patrzę na mapę. Tą sprzed kilku dni. Już nie tak z wysoka, jak jeszcze kilka tygodni temu. Dwie rzeczy - osłabienie wywołane przeziębieniem (a może czymś więcej, już sam nie wiem) a po nim, - powrót do przytomności, sprawiły, że gdzieś tam z tyłu głowy pojawiła się myśl, by tegoroczną trasę (dopuszczam tą myśl zaledwie) zamienić w dwie, oddzielone jedna od drugiej miesięczną przerwą, wyprawy.

Pojedziemy, zobaczymy...

A póki co, - i to jest dobra wiadomość - na WhatsApp-ie zawiązuje się silna, i to nie tylko liczebnie, Grupa Podziwu i Wsparcia.

Czy muszę dodawać, że zapisy kończą się godzinę przed odjazdem pociągu? Wtorek 4 czerwca 4:14…


Następne komunikaty i ogłoszenia, - już na Grupie.

Allons y !

On y va !!!

środa, 22 maja 2024

Korona Katedr 2024. Zapowiedź wtóra.

 


To obiecana mapa, a na niej linie. Dużo linii. Są linie niebieskie i czerwone, a nawet karmazynowe. Jednak wszystkie one, to raczej szkic tegorocznej trasy, niż jej szczegółowy przebieg. Wciąż odkrywam nowe miejsca, do których chciałbym dotrzeć. Nie obędzie się więc bez zmian i korekt (a może nawet skreśleń i załamywania rąk, że tu i tam, - jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tym roku).


Linie niebieskie odwzorowują sieć połączeń kolejowych, z których mogę, ale nie muszę korzystać; czerwone - to już wyłącznie rower.

Dworce kolejowe... Małe i wielkie. Znam je dobrze. Niektóre nawet bardzo. Do wielu z położonych daleko na południu, czy jeszcze dalej - na zachodzie - miejsc z uwagi na wcześniejsze ograniczenia nie sposób było dotrzeć inaczej, jak przyjazną rowerom koleją. Dziś jadę już bez tej nieznośnej presji czasu.


Początek drogi w Strasburgu. Stamtąd, przez Metz, Troyes, Sens aż do opactwa Fleury w Saint-Benoit nad Loarą, do miejsca, gdzie spoczywają relikwie założyciela zakonu Benedyktynów, św. Benedykta z Nursji. Z Fleury, brzegiem Loary - wszystkie soki drzew spłynęły tą rzeką (Herbert) - jadę do Paray-le-Monial. Ten dłuższy odcinek w dół mapy (niebieska linia) pokonam albo koleją, albo - jeśli będę chciał być wierny rzece - rowerem. To dolina Rodanu, ale jeszcze nie jego ujście. Okolice Awinionu, to już Prowansja. Czerwona nić (to te linie na południowym wschodzie), to droga do trzech Sióstr, jak nazywa się tu trzy Cysterskie opactwa, z których najdalej na wschód wysunięte jest Thoronet.

Stamtąd rozpoczynamy marsz na zachód, w kierunku Pirenejów. Gdzieniegdzie linia się rwie i zmienia kolor. To czas i miejsca do namysłu i podjęcia dalszych decyzji, czy -, co -  i jak dalej...


Wolny od konieczności wyznaczania limitu kilometrów, dni jazdy i odpoczynku, miejsc postoju i noclegów - jadę. Po prostu jadę…

W dobrym towarzystwie Grupy Podziwu i Wsparcia.


ps. są jeszcze wolne miejsca…

:-)