To nie jest relacja z przygotowań, bo te po pierwszej zapowiedzi (ach, kiedy to było!) są na ukończeniu. Czym jeszcze nie jest ten wpis? Nie jest listą miejsc, kalendarzem zdarzeń, nawet szkicem tegorocznej wyprawy. W ramach tytułowego cyklu - być może ostatniej.
(Naprawdę to napisałem? - Ostatniej…?)
Zostawmy jednak czasy przyszłe. Co do mnie, wolę mówić o niej jako o pierwszej, bo tu wszystko będzie inne, nowe, a wiele rzeczy - pierwszymi. Przede wszystkim nie będziemy się spieszyć! Koniec ścigania się z rozkładem jazdy, koniec limitów czasu…!
Jeszcze 10 dni, jeden tydzień. Teraz pakowanie, eksport map (i innych wrażliwych danych) na Garmina, nabijanie baterii.
Program? Jak każdego roku, niezmienny. Katedry. Te byłe i obecne; gotyckie i romańskie, o łukach ostrych jak grot strzały i ościeżach, jak królewska komnata; te, które do tej pory wciąż pozostawały na mapie i te, które przyjmowały mnie w swoje progi już nie raz, ale wciąż, wciąż za mało.
Notre Dame de Laon, - pozdrawiam Cię… Notre Dame de Reims, - pytam o Ciebie...
Wejdę w mury dawnych opactw. Wiele z nich to biletowane przez państwo ruiny. W drodze do Bretanii pozdrowię miejsca walk Wandejskich Powstańców. Czy ktoś jeszcze odważył się tak radykalnie sprzeciwić władzy rewolucyjnego Paryża, dać życie w obronie wiary i króla? Dieu et le Roi…!
Ouessant. Wyspa. Tam odpocznę. Usiądę przy małym stoliku Ty Butun, skąd dobrze widać, kto właśnie przyjechał, a kto nie…
Tęsknię za wstającymi nad świtem mgłami, za światłami latarń, nocą pod Le Créac’h, gwiaździstym niebem nad Wyspą...
Bretania. Finistère i Penn-ar-Bed znaczą to samo...
Mapa? Wiem, wiem, co powiesz. Przerazisz się. Ale nic na to nie poradzę. Tak właśnie wygląda mapa wędrówki na kraniec świata...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz